Archiwum Strony 2

05
lis

Jak być fajnym? part 1

Dziś o tym, co spędza sen z powiek ludziom pracującym miast i wsi od zarania dziejów. Mianowicie- jak być fajnym? Temat wiąże się pośrednio ze sławą i jej konsekwencjami, jednak zostanie celebirty to tylko jeden z kilku aspektów zajebistości własnego ja.

 

Wieloletnie doświadczenie oraz empiryczne sprawdzenie swych teorii, pozwoliło mi na opracowanie, drogie dzieci, dzisiejszego wykładu. Wiem, że wielu z was chciałoby być jednostkami lubianymi, poważanymi, otoczonymi wianuszkiem wiernych słuchaczy i wyznawców, ale mało któremu to wychodzi. Dlatego dziś pierwsza (i być może ostatnia, bo jak każdy normalny człowiek muszę jeszcze zarobić na utrzymanie, a nie cały dzień hodować jaskrę i garba przed monitorem) część lekcji fajności. Notujcie pilnie.

Powyższy obrazek prezentuje pewien wzorzec metra z Sevres, absolut zajebistości. Przeanalizujmy, co tam widzimy:

  • Ninja. Czyste apogeum fajności. Nie było, nie ma i nie będzie nikogo, kto przebije wojownika cienia w dowolnej sytuacji. Kropka. Radzę też zwrócić uwagę na Shinobi z gitarą- to już jest metapoziom nie do ogarnięcia dla prostego, ludzkiego umysłu.
  • Dinozaury. Najlepiej uzbrojone i niebezpieczne. Każdy lubi dinozaury i jest w stanie wymienić chociaż trzy gatunki, po tym, jak najbogatszy żyd w Hollywood nakręcił hit kinowy, w którym nie chodziło o nic innego, jak o udowodnienie zajebistości prehistorycznych gadów.
  • Wielkie spluwy. Ostateczny argument w każdej dyskusji, rozwiązujący wszystkie problemy. Atrybut prawdziwych mężczyzn, którzy od czasu rozpowszechnienia się prochu przyspieszali proces ujarzmiania matki natury i szybciej rozwiązywali konflikty (oraz usuwali jednostki słabsze i nieprzystosowane)
  • Ponętne nastolatki w bikini. Tu wyjaśnianie czegokolwiek jest zbędne.

Oczywiście szary, zwyczajny człowieczek może mieć problem z osiągnięciem statusu wojownika Ninja (selekcja twardsza niż do gejowskiego klubu w stolicy), a tym bardziej nie przeistoczy się w dinozaura (jedynym zanotowanym w naturze wyjątkiem od tej reguły są Rolling Stones). Bycie ponętną nastką w bikini także raczej nie wchodzi w grę. Co więc zostaje takiemu zwyczajnemu, acz ambitnemu i aspirującemu wysoko szarakowi?Wielu próbuje własnymi metodami, niestety, bez proper guidance ze strony kogoś, kto się na tym zna, wysiłki takie można o kant dupy potłuc. Przygotujcie długopisy, bo będzie co notować.

Po pierwsze- prezencja. Rzecz oczywista- nie można być fajnym, jeśli wygląda się jak efekt bliskiej zażyłości syberyjskiego drwala z jenotem. Ludzi niefajnych nie stać na operację plastyczne, więc jeśli, niestety, jest się dzieckiem zrodzonym z takowego związku, nie ma już ratunku i nawet markowy ciuch nie pomoże, a poczucie humoru, uczciwość, oddanie, szczerość tudzież ciekawe zainteresowania, jeśli sie takowe posiada, zdadzą się na nic, bo bajki o bogatym wnętrzu można sprzedawać smutnym kurom domowym po sześciu ciążach, z cyckami na wysokości pępka.
Jednak jeśli nie jest z nami aż tak źle, ale wciąż uważają nas za zadżumionego, w grę mogą wchodzić dwie kwestie: odzienie oraz higiena.

 

 

*Ubiór- Jesteś dorosły, a mama wciąż kupuje ci ubrania? Nosisz rzeczy po starszym bracie? Chodzisz w sztruksach? Cóż- masz przejebane. Czas pozbyć się ulubionego wełnianego swetra, flanelowej koszuli w kratę i tiszerta Metalliki, pójść do normalnego sklepu i kupić sobie porządne, schludne ciuchy. Oczywiście nie należy przedobrzyć, bo wyglądać się wtedy będzie jak trzy czwarte studentów- apaszki, arafatki, ciasne dżinsy gilotynujące mosznę, koszulki z bełkotliwymi hasełkami i jakiekolwiek pedalskie dodatki w rodzaju koralików, siateczek, rzemyków i onucy (czy jak to się teraz modnie zowie-nadgarstki alias frotki) narażą cię tylko na śmieszność, choć znajdziesz posłuch i poważanie wśród żaków, ale każdy normalny człowiek otwarcie cię wyśmieje. Wystrzegać też należy się chujowych ozdóbek ciała, w szczególności tatuaży z chińskimi znaczkami alfabetu, których nawet się nie rozumie ( i tak oznaczają zapewne “Kurczak w cieście z warzywami”, a nie “wolność” czy inne wyświechtane pierdoły, w które i tak nikt nie wierzy) oraz nadmiernej ilości piercingów wszelakich (bo, po pierwsze oślepiają naszego rozmówcę, gdy słońce jest w zenicie, po drugie zablokujecie kolejkę do wykrywacza metalu na lotnisku, a po trzecie, w większości wypadków, miast zdobić- szpecą okrutnie).

Najprostszym rozwiązaniem są znane i sprawdzone pomysły, bez ekstrawagancji- zwykłe dżinsy, normalne bojówki, trampki, koszula bądź tiszert (bez żadnych gównianych agitek na przedzie, powtarzam po raz ostatni), luźno, łatwo i przyjemnie. Ale bez zbędnej wsi i żenady.

 

 

 

 

*Higiena- Podstawą, co powinno być oczywiste, jest mycie zębów, o czym jakoś dziwnym trafem, zapomina większość. Zeżre taki kebaba czy jakieś cebulowo-czosnkowe specjały z dworcowej budki i nawet jakiegoś odświeżacza w postaci gumy do żucia nie chapnie, tylko jebie w promieniu dziesięciu metrów nawet, gdy ust nie otwiera. Rozumiem jeszcze stare baby w paltach i jesionkach, które, nie dość, że swoje czterdziestoletnie ciuchy kąpią codziennie w naftalinie, to, gdy tylko temperatura spadnie poniżej piętnastu stopni, zaczynają, dla zdrowia, wpieprzać ząbki czosnku mieszane ze śledziami, co jest niewątpliwą atrakcją podczas podróży miejską komunikacją. Tyle, ze taki stan rzeczy można zwalić na podeszły wiek i demencję. Natomiast człowiek dwudziestoparoletni, którego jama ustna jest zapisana w Konwencji Genewskiej jako zakazana broń masowej zagłady, powoduje, że moja wiara w młode pokolenie umiera w straszliwych męczarniach.

Inną zasadniczą kwestią, także dotyczącą zmysłu powonienia, jest tak prosta czynność, jak kąpiel. Wiem, że w niektórych domach pozostała tradycja, gdy w sobotę cała rodzina celebruje ablucje i wchodzi do wanny do jednej czwartej zapełnionej wodą po kolei, zgodnie z zasadą starszeństwa, ale do chuja, nie mieszkamy w Afryce, gdzie o studnię na środku pustyni mordują się czternastoletnie czarnuchy. Nawet szybki prysznic z rana i uprane majtki dodadzą nam punkty do fajności, choć może to przerastać możliwości tych co bardziej opornych. Do tego dochodzi jeszcze kwestia doboru przyodziewku do warunków atmosferycznych- wbicie się w czarne ciuchy przy temperaturach tropikalnych zamienia człowieka w mokrą szmatę do podłogi.

Ważna zasada numer trzy to fryzura. Mężczyzna nie powinien się nosić za długo, bo raz, że to wyszło z mody w latach siedemdziesiątych, a dwa- utrzymanie w czystości włosów do pasa wiąże się z takim wysiłkiem, ze niektórym po prostu odechciewa się dbać o nie w ogóle, dzięki czemu zaoszczędzają na maśle i oleju do smażenia, ale pozostawiają tłuste plamy w najbliższym otoczeniu. Poza tym posiadacz pióropusza nieustannie linieje niczym pies na wiosnę, przez co trzeba rozkładać pokrowce na kanapy w salonie i siedzenia w samochodzie.

 

 

Na dziś to tyle, wkrótce - część druga, w której poruszymy, szanowni słuchacze, tak ważne zagadnienia jak: beznadziejne zainteresowania, chujowe hobby, braki w elokwencji i kulturze oraz, last, but not least, obyczaje kulinarne. Stay tuned.

 

 

 

 

04
lis

Cóżem uczynił?

 

Tak. Nawet Ninja popełnia błędy. Najlepszym się zdarza. Niestety.

Bądźmy szczerzy- Internet nie jest dla wszystkich. Pójdę w twierdzeniu tym jeszcze dalej- Internet powinno się wyłączyć w większości polskich domów. Skąd te wnioski? Z prostej obserwacji, o której, w ramach dzisiejszego wykładu, opowiem ze szczegółami.

Przyznaję się bez bicia- od samego początku lurkowałem po /b/.

 

 

———-Uwaga, jeśli nie zrozumiałeś powyższego zdania, wszystko, co znajduje się poniżej, możesz sobie odpuścić. Seriously, give up. Stop reading. Don’t ask.————

 

 

Ostatnimi czasy mi przeszło, bo to już nie to samo, acz czasem, nie ukrywam, utrafi człowiek jeszcze coś, co go rozbawi. Jednocześnie, jako istota przesiąknięta siecią, pewne zwyczaje z różnych pokurwionych sajtów człowiek starał się przeszczepić na polski grunt.

Błąd.

Jak wspomniałem wcześniej, bariera językowa jest jednym z powodów nieumiejętnego korzystania z Internetu. Nie będę się rozwodził nad tym, jak bardzo upośledzonym trzeba być, by nie łapać podstaw tak ubogiego języka, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że kilka (już chyba nawet kilkanaście) lat temu, gdy ja zaczynałem naukę, inglisza dało się nauczyć co najwyżej z Cartoon Network oglądanego na piraconej satelicie i z gier komputerowych. Mniejsza z moimi magicznymi supermocami i talentami +5 do wszystkiego, bo dryfuję coraz dalej od meritum.

 

 

Główną i najtrudniejszą do usunięcia przeszkodą w zaszczepieniu na polski grunt internetowego dowcipu w rodzaju All your base are belong to us czy zwyczajnego, prostego motivational postera, poza wymienionym wyżej czystym lenistwem i niechęcią do foreign languages, jest kulturowa bariera, dzieląca zachód i nasz śmieszny kraik.I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o to, że Polak nie zrozumie dowcipu na temat baseballu czy zgrywania się z jakiegoś prezentera CBS. Otóż, moi drodzy parafianie, Polak nie ma poczucia humoru. Za grosz samokrytyki i autoironii.

Jakiś czas temu przeprowadziłem eksperyment- z jakim skutkiem uda się zasadzić w polskojęzycznej sieci coś, co nazywa się fachowo Motivational Posterem. Na początku nic nie zapowiadało tragedii. Ale po kilku miesiącach wniosek, jaki wyciągnąłem z moich badań, był jasny:

Polak ani nie zna umiaru, ani nie wie, kiedy należy być zabawnym. Tyle dowiedziałem się, gdy na pewnym (dla niektórych wiadomym) forum pokazałem, czym jest ów motivational poster. Najpierw dość nieśmiało inni podchwycili pomysł, lecz z upływem czasu było coraz gorzej. A tylko i wyłącznie dlatego, że dziewięciu na dziesięciu użytkowników chce być śmiesznymi, błyskotliwymi, fajnymi, rozpoznawalnymi, ale dążą do tego tak kurewsko nieudolnie, że teraz sam żałuję swego czynu.

 

Ale mam zamiar naprawić to, co zepsułem, bo moja misja dziejowa tego wymaga. Wiem, ze niektóre jednostki są na tyle niereformowalne, że należy sie z nimi obejść za pomocą lobotomii i pejcza z bawolego penisa, ale zawsze jest maleńka szansa, odległe światełko w tunelu, jakakolwiek nadzieja, ze choć jedna osoba pojmie, co robi źle. I wtedy Internet będzie choć o jeden promil szczęśliwszy.

———————————-

Po tym długim wstępie raczę poprowadzić swój zwyczajowy wykład. Dziś będzie on w formie punktów, które należy sumiennie zanotować, by nie wyjść na na absolutnego niedojebka w sieci. Zeszyty i długopisy przygotowane? No to lecimy.

 

 

  1. Old shit is old. Jedna z najważniejszych zasad w Internecie, o której zdaje się nie pamiętać większość zasiedlającej sieć populacji. Nie, Chuck Norris nie jest już śmieszny. Twoja Stara była zabawna, gdy srałem w majtki na widok Buki. To, co jest stare (a przypomnę, ze w Internecie wszystko starzeje się czterokrotnie szybciej niż w życiu za firewallem), nie jest zabawne. Możesz już przestać.
  2. Overindulgence is your enemy. Stara mądrość powiada, że dowcip opowiedziany raz- śmieszy, trzy razy- nudzi, dziesięć razy- prowadzi do poważnych uszkodzeń ciała, z odbytem włącznie. To miedzy innymi zabiło dobry, porządny dowcip obrazkowy nie tylko na jednym, wiadomym forum, ale w całej polskiej sieci. Każda dwunastoletnia pizdopałka może teraz rzucić komuś obrazkową obelgę, przez co dyskusje wyglądają ostatnimi czasy jak komiks rysowany ręką ślepego przedszkolaka z ADHD.
  3. Kill yourself. Niestety, większość do tej zasady się nie stosuje. Serowy, iście chujowy dowcip powinien zostać napiętnowany i doprowadzić samozwańczego kawalarza co najmniej na skraj załamania nerwowego i zafundować mu długoletnią depresję, zakończoną widowiskową autoegzekucją za pomocą skakanki i żyrandola. Problem w tym, że taki rzekomy dowcipniś znajduje często poklask w grupie rówieśników (czy tez raczej rzec powinienem- w grupie o podobnym intelekcie, ale wtedy przywódcą takiego zgromadzenia zostać mogłyby nawet kombinerki), co w efekcie prowadzi tylko do jeszcze bardziej ochoczego zarzynania wcześniej zabawnego dowcipu poprzez jego wybitne nadużycie.
  4. Prove your statements. Tego, moi drodzy słuchacze, wam brakuje. Argumentacji na poparcie tez. Przyjęło się już w sieci, ze można pierdolić bez ładu i składu, a i tak znajdzie się grupa ludzi, dla których takowe pieprzenie będzie niczym zesłanie ducha świętego. Na szczęście zdetronizowanie takich jednostek to bułka z masłem dla kogoś zaprawionego w słownych utarczkach i bataliach, i nie wymaga to jakiegoś wielkiego wysiłku. Gładka gadka może uczynić kogoś bogiem w pewnych kręgach, biorąc pod uwagę, ze większość mieszkańców internetu potrafi się tylko odgryźć za pomocą “Twoja stara klaszcze u Rubika”.
  5. Learn to provoke. Prowokacja prowokacji nierówna, o czym pamiętają nieliczni, starsi stażem i odpowiednio doświadczeni. Prowokacja może być zabawna, jeśli jest umiejętnie przeprowadzona. Jednocześnie służy ona obnażeniu tego co najlepsze i najgorsze w tych, którzy dają sie złapać w nasze sidła. O prowokacji będę się rozwodził już wkrótce, mysie pysie.
  6. Don’t be a girl. Płacz i rzucanie się do kogoś, kto robi sobie z nas jaja, jest najgorszą możliwą opcją. Tak postępują małe dziewczynki, a wszyscy wiemy, że one nadają się tylko do dwóch… no, może trzech rzeczy. Poza tym automatycznie tracimy wszelki szacunek i poziom respektu, jaki akumulowaliśmy przez jakiś okres czasu, bo reagując jak mała pizdeczka, strzelając focha, odgryzając się bez finezji, wychodzimy na kogoś, kto lubi komedie romantyczne z Meg Ryan i śpi w piżamie.
  7. Grow up. I mowa tu nie o fizycznym wieku, bo posiadanie włosów łonowych nikogo do niczego nie upoważnia. Można mieć trzydziestkę na karku, ale jeśli nadal bawią nas pierdnięcia, a za najlepsze uważamy filmiki na Youtube robione z pomocą syntezatora Ivona, wtedy możemy być pewni, że:

a) Nigdy nie będziemy zabawni

b) Rodzina zapomni o nas przy spisywaniu testamentu

c) Weźmiemy ślub z własną dłonią.

 

 

 

Tyle na dziś, drogie dzieci. Teraz czas myć ząbki i do spania, kolejna lekcja życia (w sieci i poza nią) jutro.

 

 

 

 

04
lis

Cena sławy

Sława. Rzecz pożądana przez każdego, choć niektóre smutne jednostki będą starały się oszukiwać same siebie, że nie chodzi w życiu o pieniądze, kobiety\mężczyzn i sławę, a o to, by nie było wojen na świecie, by wszyscy byli zdrowi, szczęśliwi i nie jedli zwierząt, co jest oczywistym pierdoleniem pod lewacką, młodocianą publiczkę.

Sława. Zawsze ma swoją cenę. Przypatrzmy się na przykład dowolnemu celebirty, nawet tym naszym wypizdkom trzeciej kategorii, którzy grają w czterech telenowelach jednocześnie, dodatkowo jeżdżą dupą po lodzie w jednym programie, a jęczą w drugim i jakimś cudem jeszcze nie mają schizofrenii. Taki\taka celebrity (jesli ktoś w mojej obecności użyje kiedykolwiek słowa “celebryt”, zatłukę tym, co się pod rękę nawinie, a potem spalę mu dom) , choć tak naprawdę nie robi nic innego niż szary człek, który ma problemy z otwarciem okna, nawet wysrać się w spokoju nie może, bo mu z obiektywem aparatu w dupsko wlezą, a dzień później ocenią, po stopniu gęstości i zapachu kału, na pierwszej stronie ogólnopolskiej gazety, czy dobrze się ów gwiazdor odżywia.

Do czego zmierzam? Do tego, że nawet łyknięcie maleńkiej ilości sławy, w jednym czy dwóch miejscach w Internecie, nie owocuje tylko bałwochwalczymi pokłonami ze strony tych, którzy faktycznie słuchają, co człowiek ma do powiedzenia, ale także wianuszkiem zidiociałych, pokurwionych ludzików, które skaczą wokół biednego sieciowego celebrity i starają się przypodobać. Gada taki do ciebie, jakby znał cię od paru lat, a ty po raz pierwszy widzisz ksywę delikwenta na oczy. Jest dla ciebie zbiorem zer i jedynek, istotką, która siedzi gdzieś w Rzeszowie czy innym wypizdówku i sądzi, ze będzie miała w tobie kolegę. Nie, nie będzie miała.

Radosna, złośliwa, prowokacyjna twórczość spotyka się zawsze z wielkim odzewem, sypią się negatywne, jak i pozytywne opinie (ktoś, kto ma misję edukacyjną do spełnienia, ma je absolutnie w dupie), a co za tym idzie- rośnie z każdym dniem grupa przeciwników i popleczników. Mądry internetowy pretendent do wiecznej glorii i chwały będzie powściągliwy i nie stanie po stronie żadnego z ugrupowań. Pochwały i przyjacielska wymiana zdań jest zarezerwowana tylko dla tych, z którymi razem chodziło się na dziwki, piło wódę lub ciągało spliffa według ruchu wskazówek zegara. Niestety, wielu młodych, zdolnych i obiecujących twórców sieciowych bardzo łatwo daje się wciągnąć w przepychanki własnych fanów i przeciwników, co kończy się smutnym i kurewsko bolesnym upadkiem oraz utratą wszelkiego poważania. Szczególnie, jeśli domniemany gwiazdor okazuje się słaby w improwizacji i nawet porządnie, na poczekaniu, odszczekać nie umie.

Skąd taki, a nie inny temat rantu? Cóż, sam, jako człowiek iście fajny, rzec by się chciało- zajebisty, spotykałem się zarówno na żywo, jak i w sieci, z przejawami fanowskiego oddania i ciągnięcia druta. Pół biedy, gdyby to były ładne kobiety (acz i takie się zdarzają, ale mówimy tu o złych, nie dobrych aspektach bycia gwiazdą internetu). Niestety, w zatrważającej większości jest to młodzież dysfunkcyjna, patologicznie wręcz głupia i porażająca elokwencją na poziomie szuflady z narzędziami stolarskimi, chcąca zaprzyjaźnić sie z “kimś znanym na forum”. A chuja, nie będzie przyjaźni. Won.

Powtórzę raz jeszcze- nie, nie jesteśmy kolegami. Nie, nie wpadnę obejrzeć twojej kolekcji owadów, chyba że masz nie więcej niż dwadzieścia lat, fajne cycki i nie trzeba cię przepędzać kijem. Ogólnie nie lubię ludzi, zaś sympatią darzę tylko tych, którzy są tego warci.

Na 90% ty do takowych nie należysz.

04
lis

Będę pisał po polsku…

…bo trzy czwarte polskich użytkowników Internetu, mimo, że korzysta z sieci GLOBALNEJ, w której oficjalnym, urzędowym językiem jest ANGIELSKI, nie zna innego sposobu porozumiewania się niż swój native language, choć i co do tego, przypatrując się od wielu lat społeczności internetowej, mam zajebiste wątpliwości. Mógłbym być złośliwy i uskuteczniać bloga nie po angielsku, a po rosyjsku dajmy na to, co pewnie mi się zdarzy- ot, dla szpanu, żem jest multilingwista, tudzież by powkurwiać co niektórych. Ale taki nie będę, bo mam ważną misję do spełnienia.

Do rzeczy. Skąd inspiracja na założenie tego, co widać właśnie na waszym monitorze? Dziwnym trafem, po raz kolejny dałem się zmanipulować ludziom, których zasadniczo lubię.

Nosiłem się z zamiarem rozpisania jakiegoś durnego bloga lat kilka. Zawsze uważałem, iż pisanie w sieci o tym, ze poszło się kupić mleko, a potem obsiorbało się swojemu chłopakowi na przystanku, jest wbrew wszelkim prawom logiki (z której nigdy nie byłem zbyt dobry, acz podstawy znam) i zdrowego rozsądku.

A tu proszę- takie pierdoły znajdują w sieci poklask. Najczęściej u tych, którzy piszą to samo, przy czym siorbanie chłopakowi na przystanku zamieniają na kakaowe tete a tete gdzieś w krzakach Parku Saskiego, lub na cokolwiek innego, co teraz jara piętnastolatków, którzy rzekomo znają życie, bo są już niemal dorośli.

Nie misie pysie, tu tak nie będzie. Zaproszenia do przeczytania jakiegoś wpisu będą w najlepszym wypadku zbywane śmiechem. W najgorszym- wzięciem na buty. Chyba, że wpis taki będzie wartościowy, ale takiej ewentualności raczej nie przewiduję. Ja tu mam was nauczać, nie dzielić się wrażeniami z wypadu do osiedlowego spożywczaka, gdzie pani Hela jak zwykle nie miała wydać reszty. Macie chłonąć wiedzę, czytać. Jeśli czytanie wam nie odpowiada, nikt was do tego nie zmusza. Wypierdalać.




Ninja counter

  • 17,532 hits

Why is Dr. Ninja awesome?

The answer is clear. Cause I'm a Ninja. Not some fucking pirate.

Being a Ninja is not easy, as you all may know. It takes effort, hard work and lots of pain to become one, only few manage to pass the Trials of Awesomness. And note, that a shinobi with a science degree isn't something common.

So you better listen to my advices, cause I'm probably smarter, better educated and most notably- more awesome than you'll ever be.