Archiwum Strony 2

13
lis
07

Czego nie robić w kinie?

Tak trzymając się tematu 3:10 to Yuma, bo ostatnio rzadko chadzam do kina, gdyż czasu coraz mniej… Akurat ta dłuższa przerwa w wypadach na seanse filmowe przypomniała mi, czego akurat NIENAWIDZĘ w chodzeniu do przybytków z wielkimi ekranami i fajnym dolby surround.

Standardowo proszę o wyjęcie długopisów i czegoś, na czym da się sporządzić notatki (co ładniejsze słuchaczki dostaną dodatkowe punkty na egzaminie końcowym za spisywanie moich mądrości na swych piersiach). Od razu uprzedzę- jeśli ktokolwiek z was, moi drodzy, odnajduje swoje zachowania, w którymś z tych podpunktów, ma przejebane. Nieodwołalnie. Nie ma proszenia i chodzenia z bombonierką, nawet pęto podwawelskiej nie pomoże.

Oto, co najbardziej wkurwia w kinie. ZAWSZE. Powtórzę- odnajdujesz się na liście- czeka cię chłosta świeżymi witkami wierzby po pośladkach i perspektywa publicznego napiętnowania.

  • Nie zabierać na filmy dzieci. Nie po to idę na film, na którym się dzieciarni nie spodziewam, żebym zobaczył na sali paru małolatów, którzy na pewno mi dzień urozmaicą tak, że będę pałał rządzą mordu. Nie przyszedłem na jakiegoś pieprzonego Shreka czy inne bzdety, tylko chcę sobie obejrzeć soczystą, dwugodzinną pochwałę seksu, przemocy i innych rozrywek. Jeśli posiadasz własną latorośl, daj jej do zabawy nożyczki, zapałki, pistolet, przywiąż je do klamki albo kaloryfera, zamknij w piwnicy, wyślij do dziadków na wieś, gdzie może pobawić się snopowiązałką, zrób z nim cokolwiek, tyko nie zabieraj go do kina. Najlepsi są tacy, idący na film dla widzów, którzy mogą legalnie kupić piwo w sklepie, biorący ze sobą owoc swoich conocnych małżeńskich obowiązków, po czym wychodzą z kina po 15 minutach, bo albo okazuje się, ze Pasja to nie wielkanocna jezusowa laurka a kawał dobrego gore, albo gówniarz zaczyna jęczeć, że mu się nudzi, gdyż wielce rozgarnięty rodzic zabrał go na nowy film Lyncha.
  • Jeśli jesteś dzieckiem- ściągnij sobie film z torrenta. Tylko błagam, nie wchodź na salę. Tym razem odpowiedzialność ponoszą nie tylko rodzice (mogliby się zainteresować, gdzie się szlaja ich uroczo wkurwiający malec), ale także bileterzy, którzy bez zastosowania odrobiny zdrowego rozsądku wpuszczają młodocianych degeneratów do kina. Przyjdzie taki, nie dość, ze 20 minut po trailerach zechce mu się skorzystać z toalety i będzie łaził przed ekranem, to jeszcze około 40 minuty filmu zadzwoni do niego kumpel, coby ustawić się na dziwki, wódę i narkotyki (czy co tam młodzież teraz robi po szkole), tudzież, w przypadku, gdy posiadaczem telefonu okazuje sie nieletnia siksa, zacznie się gorączkowa wymiana ośmiuset trzydziestu dwóch esemesów na temat siorbania Wojtkowi czy innemu Rysiowi pod ławką na matematyce, bez wyciszenia dzwonków rzecz jasna. Oczywiście należy do tego dodać nieustanną głupawę, jakby pannica była po torbie zielska (dwóm dziewuszkom, które zakłóciły mi spokojny odbiór Bękartów Diabła, dedykuję ten akapit).
  • Nie wchodź, jeśli twoim życiowym marzeniem jest posiadanie Calibry 2.0 z LPG i czarnej bjaczy z teledysku 50centa. Pośrednio łączy się to z poprzednim podpunktem, zwłaszcza w co ciekawszych regionach tego kraju (pozdrawiam szczególnie Kraków i Białystok), obfitujących w mieszkańców w jednolitych, markowych uniformach sportowych, gdyż człek takowy to forma pośrednia, poczwarka by sie chciało rzec, miedzy gimnazjalistą a posłem Misztalem. Zasadniczo ten typ kinoodwiedzacza charakteryzuje się donioślejszym śmiechem niż dzieciarnia podpunkt wyżej, dodatkowo często pojawia się na sali w stanie wskazującym na spożycie, co jeszcze bardziej wpływa na odbiór obrazu przed oczami.
  • Nie umiesz jeść- wypierdalaj. Tyczy się to głównie tych, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy ze swojego porażenia mózgowego i mają problemy z funkcjami motorycznymi kończyn, co uniemożliwia im trafienie ziarenkiem popcornu do własnych ust. Sypie się to cholerstwo na wszystkie strony, potem człowiek siedzący obok, mimo, że kupił sobie tylko colę, po zapaleniu świateł wygląda jakby mu łupież zmutował i się otrzepywać musi przez następne pół godziny.
  • Nie masz poczucia humoru- umrzyj. Jeden z moich ulubionych typów widza, który śmieje się w najmniej zabawnych fragmentach filmu. Często na tych, które z założenia miały nie być zabawne, tylko on sie jeszcze nie zorientował. Raz rzuciłem w takiego butem. Szkoda, bo fajny był to but, ale poczucie satysfakcji- bezcenne.
  • Elementarz Falskiego skończyłeś na literze “C”- poczekaj, aż będzie w TV z lektorem. Tyczy się to zarówno młodzieży, jak i (co przerażające) dorosłych. Napis, którego przeczytanie nawet surykatce zajęłoby sekundę, góra dwie, sprawia takim osobom straszliwe problemy. Uwielbiam, gdy osoba siedząca obok nagle robi dziwną minę, po czym pyta swojego partnera (co ciekawe, analfabeci zawsze pojawiają się w kinie z osobami towarzyszącymi) “Co on powiedział?”
  • Fabuła Rambo jest dla ciebie niezrozumiała- wyjdź. Ładnie cię proszę. A to tak przy okazji mojego wypadu na 3:10 to Yuma. Kobitka, która siedziała dwa fotele obok, zorientowała się dopiero gdzieś w połowie filmu, że w tytule chodzi o pociąg do rzeczonego miasta. Pogratulować. Ale to nie jedyny taki przypadek. Nic tak mnie nie rozbraja jak pytania zaraz po seansie (a czasami nawet w trakcie) “O sssoooo chozi”, gdy mamy do czynienia z pięćdziesiąta wersją najazdu kosmitów na Amerykę.
  • Jesteś chory? Zostań w domu. To też przy okazji ostatniej wizyty w kinie. Partnerem (mówiłem, najdziwniejsze przypadki zawsze z kimś przychodzą) rozgarniętej panny był gość, który cały czas głośno przełykał swoją flegmę. Nawet Miłosz nie podołałby z kwiecistym opisem wrażeń, jakie mi towarzyszyły przy każdym łyku coli, gdy zaraz obok jakiś facet doskonale obywał sie bez jakiegokolwiek prowiantu na sali, żywiąc sie własnymi glutami. Charczał delikwent jak gruźlik z rakiem krtani. Przez dwie godziny. Co kilka sekund. Pułkownik Kurtz zwykł w takich chwilach mawiać: The horror. The horror. The horrrrrooorrrr. Żeby to raz się taki w całej mojej karierze kinomana trafił, to bym nie narzekał. Ale co nie przyjdę, to ktoś z ebolą albo wąglikiem musi zapluć bądź zasmarkać siebie, fotel i człowieka przed sobą. Obsługa powinna profilaktycznie robić szczepienia przed wejściem na salę.
  • Śmierdzisz? Wróć do siebie, umyj wszystkie zakamarki. Ileż można razy wspominać o higienie? Jak widać, a co najważniejsze, czuć, do usranej śmierci będę truł, a i tak nie dotrze. Jak mam sie cieszyć filmem, gdy ktoś fotel obok jebie, aż oczy łzawią? Dobra, rozumiem, jeśli to jakiś film Romero i swąd trupiej zgnilizny dostarcza dodatkowych wrażeń, gdy przez ekran przelewają się watahy Zombie, ale do chuja, Polaku- wyszoruj zęby, Polko- umyj cycki!
  • Masz fajny dzwonek w komórce? To rewelacja, ale spierdalaj. Poruszony bł już ów podpunkt przy okazji dzieciarni na sali, ale jakim cudem, do człowieka, zdawałoby się, dorosłego, nie dociera tak prosty komunikat jak “Wyłącz tego pieprzonego Krejzi Froga”?
  • Nie wiesz, na co idziesz? Won. Też już napomknięty problem, przy okazji matek z dziećmi. Nie tak dawno byłem na przedpremierze Planet Terror, i zastanawiałem się, czego spodziewało się te dziesięć osób, które wyszło z kina po 10 minutach? Wzniosłych prawd życiowych? Recepty na szczęście? Wyciskających łzy scen? No rzesz ja pierdolę, toż najdurniejszy szympans w stadzie, po spojrzeniu na plakat Grindhouse’a, wie, o czym będzie film, a jeśli kogoś nawet to przerasta, wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą gazetę i dowiedzieć się, w czym rzecz. Wychodzę z prostego założenia: nie lubię komedii romantycznych- nie chodzę na nie do kina, nie szukam ich w telewizji (której zresztą, poza Cartoon Network, też nie bardzo oglądam), mam je totalnie w dupie. Lubię durnowate komiksy- idę na ekranizację i nie mam potem pretensji do całej ekipy, że to głupi film, a ludzie w rzeczywistości nie potrafią chodzić po ścianach.

Mam nadzieję, że dotarło. Jeśli nie, cóż, możesz już przestać czytać dalsze wykłady.

13
lis
07

Wzorzec mężczyzny

Wczoraj sobie poszedłem na nową wersję 3:10 to Yuma. Zdatne do spożycia, choć oryginał lepszy, bo mniej przekombinowany i wydumany. Miło się oglądało aczkolwiek do odpowiedniego odbioru tego filmu potrzebna jest drobna doza chłopięcej miłości do westernów (nie, Brokeback Mountain nie należy do gatunku westernów, plasuje się raczej w tej samej kategorii co filmy z Sandrą Bullock), które wraz z komiksami i disco relaxem w Polsacie o poranku wychowały mnie na porządnego człowieka.

Ale co z tą Yumą i jak to się ma do dzisiejszego wykładu waszego ulubionego/znienawidzonego wykładowcy? A no tak sobie patrzyłem na grę zarówno generała Maximusa, jak i już wyrośniętego panicza Jamesa, co chciał batonik Hersheya. Mimo, że się starali ze wszystkich sił, robili groźne grymasy i próbowali być twardsi niż stolec po trzydniowej imprezie, to nie przybliżyli się nawet o metr do Niego. Do ideału. Do wzorca prawdziwego mężczyzny.

W zasadzie na którego bym dziś faceta nie spojrzał (tak, siebie także wliczam, mimo całej mojej zajebistości), kogo bym z Nim nie porównywał, nikt nie może osiągnąć choćby promila Jego geniuszu. Teraz w modzie wymuskane pipki, na srebrnym ekranie, w kolorowych magazynach, na scenie czy na ulicy. Takie ładne chłopaki, na widok których dzierlatkom poziom kisielu wzrasta trzykrotnie. Cóż z tego, że przystojni, może nawet niektórzy wykształceni, oczytani, zabawni? Chuj z tego, moi mili.

Jaki by współczesny mężczyzna nie był, nigdy nie będzie w stanie zabić samym wzrokiem. Żaden z nas, niestety, nie zrobi takiej obojętnej miny podczas mordowania kolejnej setki jakichś fagasów. Ani jeden facet nie osiągnie takiego tembru głosu, który powodowałby natychmiastowe luzowanie zwieraczy. Wielu próbowało, but there can be only one.

To gość, który może zagrać mopa do podłogi, a i tak będzie z niego badass motherfucker. Choćby ubrano go w strój Teletubisia, gdyby nawet wystąpił w teledysku Green Daya, albo w reklamie Domestosa- zawsze będzie bezdyskusyjnie miażdżył pytę.

Dlaczego nikt nigdy nie osiągnie jego poziomu? Okej, wciąż jeszcze są miejsca na podium do obsadzenia, na drugim stoi Gregory Peck, a o trzecie bije się Sean Connery z Humphreyem Bogartem, zaś w kolejce czekają jeszcze na swój czas Christopher Walken i Charles Bronson. Tak, wiem, że trzech z tych panów nie żyje i są raczej mało skorzy do bitki w takim stanie, ale przynajmniej o nich ktoś pamięta, po was zaś nie zapłacze nikt, nawet wasza rodzina, a to z tego powodu, że do tej pory nie zdawaliście sobie sprawy z Jego zajebistości , therefore- you suck better than Heather. (uwaga, niniejszy dowcip z siorbaniem zrozumieją zapewne nieliczni. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które nie załapały, cóż, you suck even more)

Ale ale, bo my tu o zasysaniu, a przecież uciekamy od głównego tematu. Dlaczego On jest wzorcem mężczyzny doskonałego? Oto zbiór jasnych, klarownych odpowiedzi:

  • Nigdy nie był młody. Jak wszyscy wiemy, młodość, a szczególnie okres pomiędzy sraniem w pieluchy a pierwszym umoczeniem w czymś innym niż kostka masła, to czas absolutnego braku szarych komórek. Każdy poza Nim był kiedyś dzieckiem. On zaś od razu pojawił się na ziemskim łez padole z trzydniowym zarostem, cygarem w zębach i paskudnym grymasem na twarzy. Widzieliście Go kiedyś młodego? No właśnie.
  • Mordował niewinnych (choć, co jest jasne, wszyscy są winni, mniej lub bardziej) z uśmiechem na ustach
  • Przeprowadził eutanazję
  • Poleciał w kosmos
  • Zastrzelił Gene’a Hackmana (a innym razem go pogrążył)
  • Nawet w chujowym romansie mówił tak, że ptaki spadały z niebios a rzeki cofały bieg
  • Wystąpił w musicalu (gdyby jeszcze było to Blues Brothers…) i nawet tam pokazał klasę
  • Uciekł z Alcatraz
  • Nie wyglądał na geja nawet w różowym Cadillacu
  • Cytowano go (trzykrotnie!) w Falloucie 2
  • Nawet gdy się uśmiecha, zwiastuje to burzę z piorunami i gradobiciem
  • Wykoleił pociąg. Niejeden.
  • Ma kilka poświęconych sobie pieśni, jedna ma nawet jego imię i nazwisko jako tytuł
  • Nie mówi dużo. Działa, miast marnować energię na zbędną konwersację
  • Nawet w ortalionowym dresie wzbudza postrach
  • Przeżył lotniczą katastrofę (i nie mówię tu o filmach, a o prawdziwym, brutalnym życiu)
  • Okradł nazistowski bank
  • Grał w filmach z wielkimi potworami (a oczywistą sprawą jest, że wielkie potwory są w pyte)

Jeśli ktokolwiek łapie się na chociaż 1/4… no, nie bądźmy aż tak rygorystyczni- 1/10 z tych podpunktów, moje gratulacje.

Ale nie cieszcie się zbytnio- i tak każdy ZAWSZE będzie mniej zajebisty niż  Clint.

eastwood

08
lis
07

Jak być fajnym? Part 3

Na początku dzisiejszego rantu chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom, którzy, chcąc mnie pognębić, jeszcze bardziej podbili statystyki i zwiększyli zasięg mych słów. Your anger makes me stronger, jakby to rzekł imperator Paplanina.

Po tym dziękczynnym wstępie, czas na część właściwą dzisiejszego wykładu o tym, jak być fajnym. Na wokandzie: braki w elokwencji i kulturze oraz zwyczaje żywieniowe. Tym razem tematyka jasna, prosta i nie wymagająca wiele wysiłku zarówno od nauczyciela, jak i od młodego padawana, który wcześniej raczył się zastosować do rad zawartych w poprzednich odsłonach.

Po trzecie- ubytki w mowie i w piśmie. Należy zaznaczyć, że przeintelektualizowany bełkot jest równie zły jak pieprzenie na poziomie pięciolatka. W zasadzie nie wiem co gorsze- rzucanie Deridą, którego się nie rozumie (ale teraz modne jest cytowanie jego słów o postmodernizmie, mimo, że niewielka część chełpiących się znajomością tego autora wie, o co mu chodzi), czy odpowiedź “Twoja stara”. Oba przypadki normalnego, fajnego człowieka bawią setnie.

Wait, scratch that- po namyśle stwierdzam, że pseudointeligenckie farmazony są jednak bardziej zabawne. Odzywki rodem z podstawówki sugerują młody, chmurny i durny wiek rozmówcy, przez co jest jeszcze jakaś nadzieja, że z biegiem lat zmądrzeje. Natomiast osobnik szczycący się swą niby-inteligencją, gdy obnaży się błędy w jego rozumowaniu, przeuroczo zaczyna się pluć i wierzgać niczym ogier przed kastracją, co tylko znamionuje nadszarpnięte ego, wcześniej niczym nienaruszone. Lekcja warta zapamiętania, ba, nawet dwie lekcje:

  1. Stoicki spokój jest podstawą normalnej, ciekawej, zajmującej dyskusji.
  2. Stylizowanie się na wykształciucha bez odpowiedniej wiedzy prędzej czy później skończy się naszym bolesnym upadkiem.

Dlatego, zanim coś powiemy, miejmy pewność co do sensu i znaczenia naszych słów. Swego czasu wielką karierę zrobiło słowo “bynajmniej”, używane zamiennie z “przynajmniej”, co doprowadzało do kurwicy każdego z choćby minimalną wrażliwością językową. Jeszcze wcześniej pamiętam szał na wciskanie łacińskich zwrotów, gdzie się tylko dało (nie wiem, po jaką cholerę, bo brzmiało to idiotycznie). No i nie można tez zapomnieć o tych, którzy nie zauważają, kiedy słowa powinny mieć końcówkę “ą”, a kiedy “om”- nic tak nie gotuje krwi jak nierozróżnianie narzędnika liczby pojedynczej od celownika liczby mnogiej. Każdego, kto powie (bądź napisze, bo w mowie różnica jest mniej wyczuwalna, zawsze można to zwalić na wybite przednie zęby) “Lubię przyglądać się kobietą” wysyłałbym na Islandię. Czemu tam? Bo zajebiście zimno i zajebiście smutno.

Recepta? Proste, twarde, jasne zdania, od razu wyjaśniające, o co nam chodzi. Ironizowanie i sarkazm, jeśli już chcemy ich użyć, muszą być rozwinięte na odpowiednim poziomie, inaczej wyjdziemy na kompletnego morona. Soczysty bluzg, podkreślający nasze twarde stanowisko, także może dopomóc w zaprezentowaniu swych racji, aczkolwiek nie wypada używać kurew zamiast przecinków.

Żeby nie być gołosłownym- prosty przykład złej i dobrej wypowiedzi:
wrong\right
Czy to jasne? Mam nadzieję.

 

 

 

 

Gdy już opanowaliśmy sztukę dyskursu, czas na mniej ważną, acz bardzo pomocną w uzyskaniu wiecznej chwały, sprawę: Po czwarte- co spożywać?

Są trzy rzeczy, które po spożyciu automatycznie przesuwają nas o krok bliżej do zajebistości:

  1. Nachos- oblane serkiem i maczane w porządnej salsie. Albo dorzucone do Chili Con Carne. I zapijane Tequilą. Można nie lubić brudnych meksykańców, ale trudno nie kochać ich kuchni, która jest przeznaczona dla prawdziwych mężczyzn- ostra, wyrazista i sycąca.Byle ciota jej nie tknie.
  2. Suszone mięsko- Za oceanem zwana Beef Jerky lub po prostu Jerky. Pożywne, jednocześnie ze śladową ilością tłuszczu. I nie do podrobienia w smaku. Występuje w odmianie ciętej, nuggetowej, batonikowej i paru innych, a w każdej postaci rozpierdala, bo to cudeńko jest wręcz genialne w swej prostocie. I żrą je astronauci na promach kosmicznych- czy może być coś bardziej zajebistego?
  3. Red bull- Jako żywieniowy faszysta uznaję tylko tę markę energizerów. Wiem, że są tańsze, a równie skuteczne zamienniki, wiem też, że cenę RB dyktuje hype marketingowy. Cóż z tego, skoro najlepiej pasuje do papierosów, trzyma mnie na nogach lepiej niż kawa i najlepiej leczy mnie z kaca? Że to efekt przyzwyczajenia albo placebo jakoweś? Mam to w dupie, Red Bulla w moim krwiobiegu jest więcej niż hemoglobiny. I nie, nikt mi nie zapłacił, to reklama darmowa.

Do obowiązkowych trzech podpunktów można by jeszcze dorzucić rzecz jasna złocisty napój bogów (pić tylko i wyłącznie z butelki!), ale jako, żem zmotoryzowany, pozwalam sobie wieczorami lub w weekendy (nie, nie prowadzę kampanii trzeźwości, po prostu niewygodnie trzymać butelkę podczas jazdy, no i przy ostrzejszym hamowaniu należy liczyć się z rozlaniem trunku, co jest śmiertelnym grzechem).

Pamiętajcie też, że podstawą diety każdego szanującego się twardego madafaki jest mięso. Gdybyśmy wpieprzali korzonki i liście, do dziś pewnie siedzielibyśmy na drzewach, a największym cywilizacyjnym osiągnięciem byłoby wynalezienie drabiny. Dzięki temu, że jakiś jaskiniowiec wpadł na pomysł, by zamiast codziennego posiłku złożonego z kapusty i rabarbaru zapolować na mamuta czy jakiegoś pancernika, jesteśmy dominującym gatunkiem na ziemi. Gdyby nie fakt, że surowe mięso jest mdłe w smaku i trzeba było coś zaradzić w tej kwestii, nasi przodkowie nie wpadli by na pomysł rozpalenia ognia. Gdyby nie łowy na zwierzęta, które pchnęły do przodu ówczesny przemysł zbrojeniowy, połowę pierwotnej ludzkiej populacji zeżarłyby tygrysy, a tak mieliśmy dzidy, toporki, noże i inne narzędzia destrukcji, które równie dobrze sprawiały się w szlachtowaniu dziczyzny, jak w przeganianiu szablozębnych drapieżców. No i nie zapominajmy, że zanieść takiego kilkutonowego kudłatego słonia do jaskini nie było sprawą prostą, dlatego też wynaleziono koło i pakowano jeszcze świeże truchło na gigantyczną taczkę, ciągniętą przez całe plemię.

Dowód? proszę bardzo, malowidła naścienne odnalezione w Niax we Francji, prezentowane poniżej, ukazujące martwego mamuta na kołowym wózku.

mamut hunting

Dlatego też, by nie zaprzepaścić tego, co dali nam nasi odlegli krewni z czasów zlodowacenia, musimy jeść mięso. Zielenina może być co najwyżej dodatkiem. Ci, którzy odżywiają się samymi warzywkami i owockami, są na straconej pozycji w drabinie ewolucyjnej i zapominają, że kły służą do odgryzienia porządnego kawałka chabaniny, zaś trzonowce nie są do mielenia ziaren, a do dokładnego przeżucia naszej zdobyczy.

 

 

 

No, tyle w kwestii bycia zajebistym. Temat zapewne powróci jeszcze nie raz, przy wielu okazjach, ale podstawy, mam nadzieję, już macie jako tako ogarnięte. Co będzie na następnym wykładzie? Najpierw króciutki test z przyswojonego dotychczas materiału, a potem- kolejna lekcja życia w wykonaniu waszego ulubionego/znienawidzonego wojownika cienia.

 

 

07
lis
07

Jak być fajnym? Part 2

Poprzednio rozwodziliśmy się nad czysto zewnętrznymi aspektami zajebistości. Dziś natomiast poświęcimy więcej uwagi tak zwanemu “wnętrzu”, które, mimo, ze nic nie znaczy, jeśli nie posiadamy odpowiednich atrybutów widocznych gołym okiem, przydaje się na dalszym etapie bycia fajnym, gdy sama prezencja nie wystarcza.

Gotowi? Mam nadzieję, bo będzie masa bardzo ważnych i przydatnych wiadomości.Poprzednia część, gdyby ktoś wciąż miał problemy z prostą jak konstrukcja cepa nawigacją: tutaj

Po drugie- Zainteresowania\hobby. Ja wiem, ze w dzisiejszych czasach trzeba udowodnić, jakim jest się głębokim, inteligentnym i oczytanym, ale najczęściej, paradoksalnie, wychodzi się dzięki temu na idiotę. Kogo by nie zapytać, schemat odpowiedzi będzie taki sam, lub bardzo podobny: książki, film, muzyka. Ale nie jakieś tam książki, jakiś tam film, jakaś tam muzyka, o nie. Każdy doda obowiązkowo słowo “ambitne, ambitny, ambitna” tudzież, co też często się zdarza, pochodne wyrazu “niezależność”, albo, moje ulubione słowo-wytrych, używane przez wszystkich, którzy chcą uchodzić za nietuzinkowych i oryginalnych- “niekomercyjne”.

Przyjrzyjmy się zatem najpierw, drodzy uczniowie, cóż to za ambitne, wiekopomne dzieła czyta większość tych, którzy szczycą się swoją rzekomą elokwencją i oryginalnością?

  • Fantasy – so fucking original. Miłośnicy fantastyki nabijają co roku statystyki czytelnictwa w naszym stroniącym od słowa pisanego społeczeństwie.Cudownie, problem w tym, że poziom większości publikacji w tym gatunku waha się pomiędzy “bełkot” a “poprawne czytadło toaletowe”. Schemat goni schemat, elfy nie lubią krasnoludów, barbarzyńcy ruchają karczemne służące a straszliwi nekromanci chcą zawładnąć światem. No i nie zapomnijmy, że musi być choć jeden pieprzony smok. Ach, no i jest jeszcze Sapkowski, na którego powołują się wszyscy, jak kraj długi i szeroki (szczególnie przy okazji premiery całkiem zacnego Witchera ). Serio, w tym roku na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tytuły, przy których udało mi się nie zasnąć lub nie zwrócić obiadu. A zaznaczę, że odkąd nauczyłem się składać literki w słowa a potem w zdania, czytywałem dzieła (czy raczej, w większości przypadków- “dziełka”) o rycerzach i królewnach. Ale po pierwsze- z niektórych rzeczy się wyrasta, po drugie- ile można wałkować ten sam temat?
  • Literatura z Azji- przy czym w tym jakże szerokim pojęciu mieści się Murakami, Murakami i Murakami. No, może jeszcze Murakami. Każdy musi czytać Murakamiego, bo inaczej jest spalony w towarzystwie. Tym nazwiskiem można rzucać na lewo i prawo, by podwyższyć swój status lansowności. Ale gdyby tak spytać o lepszych pod względem tematyki i warsztatu)autorów, jak Dazai, Mishima czy Oe (noblista, do jasnej cholery), zrobią wielkie oczy i się dziwią. A przypomnę, ze ograniczyłem się w tym momencie do popowej, współczesnej japońszczyzny, nawet nie zahaczając o literaturę przedwojenną, ani o inne żółte kraje. Opieranie się na Murakamim wynika tylko i wyłącznie z tego, ze ktoś czasem napisze na jego temat w Przekroju, Koszernej czy innym periodyku opiniotwórczym. I jest to tak prostackie i puste, że aż mnie śledziona zaczyna boleć, jak o tym myślę.
  • Literatura skandynawska- Kolejny temat, jaki można podjąć w grupie wylansowanej młodzieży akademickiej. Im smutniejszy tytuł i im bardziej kontrowersyjny w naszym “nietolerancyjnym i katolskim kraju”, tym lepiej, bo wtedy malujemy siebie jako wielkich, tolerancyjnych liberałów. Szczerze? Sam mogę teraz, w ciagu trzydziestu sekund, wymyślić główny wątek utrzymany w tej konwencji. Książce nadam tytuł 125 Sztokholm, a będzie ona o dwóch nieletnich hermafrodytach, którzy zapałali do siebie wielką miłością, gdy uczestniczyli w teleturnieju, w którym wygrać można było zabieg eutanazji dla swojego dziadka. Pewnie byłby to bestseller.
  • Literatura rosyjska- Sam cenię i lubię. Przy czym statystyczny Polak, mówiąc, ze lubi literaturę rosyjską, ma na myśli to, że przeczytał (niekoniecznie w całości) Mistrza i Małgorzatę, ewentualnie obił mu sie o uszy tytuł Zbrodnia i Kara. Wojna i Pokój to już wyższa szkoła jazdy dla wtajemniczonych, zaś Borisa Pasternaka kojarzą ci, którzy widzieli puszczanego po raz setny w TV Doktora Żywago. O Czechowie, Majakowskim, Szołochowie, Trifonowie czy Buninie nikt się nie wypowie, bo po prostu takowych autorów nie zna. Dlatego przypomnę- to, że poznało się jedną, dwie, trzy książki, które są evergreenami i pozycjami absolutnie obowiązkowymi do przeczytania, nie czyni z nas miłośnika gatunku i nie jest niczym nadzwyczajnym.

Już wiemy, co czytamy, i dlaczego jesteśmy chujowi w naszych zainteresowaniach literaturą. Co następne w kolejce? Film. Co też nasza ambitna młodzież ogląda? Zabawna sprawa- ma to nierozerwalny związek z powyższą książkową wyliczanką.Ktoś, kto chce zabłysnąć w grupie, może sie pochwalić, że lubi kino ze Skandynawii, które charakteryzuje się tym samym, co tamtejsza literatura- musi być jak najsmutniejsze i jak najbardziej o życiu. Funkcjonuje pewien prosty schemat- parka zakochanych (płci dowolnej), która ma permanentnego doła, bo na zewnątrz piździ, oraz długie ujęcia, które jednak nie są żadnym zabiegiem artystycznym, a dowodem na to, że reżyser nie miał pomysłu na więcej niż piętnaście minut fabuły i musiał jakoś wydłużyć film do dwóch godzin. Czysta rewelacja i niezal, jak ja pierdole. Zasada jest prosta- im nudniejsze dzieło, tym lepsze do wymiany poglądów wśród światłej młodzieży.

A co z muzyką? Tu podział jest prosty, na trzy obozy:

  1. Kultura apaszki, frotki i grzywki wymaga, by słuchać Indie, zespołów niezależnych, tak zwanej alternatywy. Alternatywy do czego, skoro każdy gra teraz tak samo? Gdyby mi się chciało wyliczać wszystkie tak zwane “niezależne” zespoły, które wypłynęły od czasu okrzyknięcia The Strokes nową nadzieją rocka, to doczekałbym się wnuków. Wyłowienie czegoś wartościowego z tego całego gówna staje się z każdym dniem coraz trudniejsze, bo NME, Rolling Stone i Pitchfork codziennie dają jakiemuś zespołowi zaczynającemu się na “The” a kończącemu się na “s” pięć gwiazdek, mimo tego, że nie różni się od setki innych bandów. Ale cóż począć, skoro nawet Radiohead nie może wymyślić niczego nowego i najnowszy album jest po prostu średni?
  2. Obóz metalowy, w którym, nie licząc oczywistej odmiennej stylistyki, panuje taki sam zastój jak w lżejszych odmianach rocka. Wyłapywanie rzeczy dobrych w tym nurcie jest zresztą jeszcze trudniejsze, bo może i japoński noise jest oryginalny, ale tak pokurwiony, że słuchać tego dla czystej przyjemności się nie da. A przy reszcie można z nudów zdechnąć, bo ileż razy można powoływać się na zacnego Laibacha czy Current-93?
  3. W Hip-hopie zaś jeszcze większy stale-mate niż w dwóch powyższych. Ja wiem, że jest O.S..T.R.y , Afrokolektyw czy Łona oraz ponoć prężny underground, a czasem i Pezet coś zdatnego do spożycia skleci (acz słyszę spadek formy), ale cóż z tego, skoro większość młodzieży za najlepszych uznaje Ryśka Peję i Tedunia, a młodzież jeszcze młodsza jara się Mezem i spółką?

Sumując- odnaleźliśmy w powyższym spisie coś, co do nas pasuje? W takim razie błędnie myśleliśmy, że jesteśmy fajni. Nie. Jesteśmy chujowi. Nie ma czegoś takiego, jak dzieło niekomercyjne sensu stricto, bo za każdy film czy utwór muzyczny, jak bardzo oryginalny by on nie był, twórca, wytwórnia, dystrybutor i detaliści mają jakiś procent zysku ze sprzedaży, jeśli jest on w obrocie na rynku. Poza tym, jeśli o samą oryginalność chodzi, to przykro mi, ale teraz wszyscy szczycący się swymi niezal-zainteresowaniami… Ty, ty, tamten z tyłu i ten po twojej prawej- wszyscy ubieracie się tak samo, słuchacie tego samego, czytacie i oglądacie to samo. Gdzie tu do chuja oryginalność zainteresowań? Co nie pójdę do klubu, na uczelnię, cholera, wystarczy tylko, że wyjdę na ulicę- to samo, tak samo, w ten sam sposób.

Morał z tej lekcji? Silenie się na fajność i zajebistość prowadzi do upośledzenia. Nie jesteście fajni, nie jesteście zajebiści. Co zrobić, by to zmienić?

Nie, nie powiem “być sobą”, bo to frazes tak pusty jak mój portfel po kazdej wizycie na stacji benzynowej. Nie moi drodzy. Całe masy ludzi aspirujących do fajności przez lata oszukują samych siebie i innych, że to nudne gówno, które czytają\oglądają\odsłuchują, im się podoba. Po jaką cholerę? Wiadomo, że najlepszą rozrywką, odskocznią od rzeczywistości, są dzieła nie silące się na żaden górnolotny przekaz, rzeczy, które nie ukrywają swojej prostackości i beztreściowości pod płaszczykiem wyszukanego języka, cudacznych filtrów na obiektyw kamery i miliona bajerów kompozycyjnych. Dlatego w byciu fajnym nie przeszkadza obejrzenie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, posłuchanie Michaela Jacksona i przeczytanie durnego, sześćsetnego zeszytu X-Menów. Wtedy przynajmniej nie robicie siebie samych w chuja.

W następnym (ostatnim zapewne) odcinku- braki w kulturze i elokwencji oraz obyczaje i przyzwyczajenia kulinarne, czyli o tym, jak się wypowiadać i co jeść, by nie zostać luzerem.

05
lis
07

Jak być fajnym? part 1

Dziś o tym, co spędza sen z powiek ludziom pracującym miast i wsi od zarania dziejów. Mianowicie- jak być fajnym? Temat wiąże się pośrednio ze sławą i jej konsekwencjami, jednak zostanie celebirty to tylko jeden z kilku aspektów zajebistości własnego ja.

Wieloletnie doświadczenie oraz empiryczne sprawdzenie swych teorii, pozwoliło mi na opracowanie, drogie dzieci, dzisiejszego wykładu. Wiem, że wielu z was chciałoby być jednostkami lubianymi, poważanymi, otoczonymi wianuszkiem wiernych słuchaczy i wyznawców, ale mało któremu to wychodzi. Dlatego dziś pierwsza (i być może ostatnia, bo jak każdy normalny człowiek muszę jeszcze zarobić na utrzymanie, a nie cały dzień hodować jaskrę i garba przed monitorem) część lekcji fajności. Notujcie pilnie.

AWESOME

Powyższy obrazek prezentuje pewien wzorzec metra z Sevres, absolut zajebistości. Przeanalizujmy, co tam widzimy:

  • Ninja. Czyste apogeum fajności. Nie było, nie ma i nie będzie nikogo, kto przebije wojownika cienia w dowolnej sytuacji. Kropka. Radzę też zwrócić uwagę na Shinobi z gitarą- to już jest metapoziom nie do ogarnięcia dla prostego, ludzkiego umysłu.
  • Dinozaury. Najlepiej uzbrojone i niebezpieczne. Każdy lubi dinozaury i jest w stanie wymienić chociaż trzy gatunki, po tym, jak najbogatszy żyd w Hollywood nakręcił hit kinowy, w którym nie chodziło o nic innego, jak o udowodnienie zajebistości prehistorycznych gadów.
  • Wielkie spluwy. Ostateczny argument w każdej dyskusji, rozwiązujący wszystkie problemy. Atrybut prawdziwych mężczyzn, którzy od czasu rozpowszechnienia się prochu przyspieszali proces ujarzmiania matki natury i szybciej rozwiązywali konflikty (oraz usuwali jednostki słabsze i nieprzystosowane)
  • Ponętne nastolatki w bikini. Tu wyjaśnianie czegokolwiek jest zbędne.

Oczywiście szary, zwyczajny człowieczek może mieć problem z osiągnięciem statusu wojownika Ninja (selekcja twardsza niż do gejowskiego klubu w stolicy), a tym bardziej nie przeistoczy się w dinozaura (jedynym zanotowanym w naturze wyjątkiem od tej reguły są Rolling Stones). Bycie ponętną nastką w bikini także raczej nie wchodzi w grę. Co więc zostaje takiemu zwyczajnemu, acz ambitnemu i aspirującemu wysoko szarakowi?Wielu próbuje własnymi metodami, niestety, bez proper guidance ze strony kogoś, kto się na tym zna, wysiłki takie można o kant dupy potłuc. Przygotujcie długopisy, bo będzie co notować.

Po pierwsze- prezencja. Rzecz oczywista- nie można być fajnym, jeśli wygląda się jak efekt bliskiej zażyłości syberyjskiego drwala z jenotem. Ludzi niefajnych nie stać na operację plastyczne, więc jeśli, niestety, jest się dzieckiem zrodzonym z takowego związku, nie ma już ratunku i nawet markowy ciuch nie pomoże, a poczucie humoru, uczciwość, oddanie, szczerość tudzież ciekawe zainteresowania, jeśli sie takowe posiada, zdadzą się na nic, bo bajki o bogatym wnętrzu można sprzedawać smutnym kurom domowym po sześciu ciążach, z cyckami na wysokości pępka.
Jednak jeśli nie jest z nami aż tak źle, ale wciąż uważają nas za zadżumionego, w grę mogą wchodzić dwie kwestie: odzienie oraz higiena.

*Ubiór- Jesteś dorosły, a mama wciąż kupuje ci ubrania? Nosisz rzeczy po starszym bracie? Chodzisz w sztruksach? Cóż- masz przejebane. Czas pozbyć się ulubionego wełnianego swetra, flanelowej koszuli w kratę i tiszerta Metalliki, pójść do normalnego sklepu i kupić sobie porządne, schludne ciuchy. Oczywiście nie należy przedobrzyć, bo wyglądać się wtedy będzie jak trzy czwarte studentów- apaszki, arafatki, ciasne dżinsy gilotynujące mosznę, koszulki z bełkotliwymi hasełkami i jakiekolwiek pedalskie dodatki w rodzaju koralików, siateczek, rzemyków i onucy (czy jak to się teraz modnie zowie-nadgarstki alias frotki) narażą cię tylko na śmieszność, choć znajdziesz posłuch i poważanie wśród żaków, ale każdy normalny człowiek otwarcie cię wyśmieje. Wystrzegać też należy się chujowych ozdóbek ciała, w szczególności tatuaży z chińskimi znaczkami alfabetu, których nawet się nie rozumie ( i tak oznaczają zapewne “Kurczak w cieście z warzywami”, a nie “wolność” czy inne wyświechtane pierdoły, w które i tak nikt nie wierzy) oraz nadmiernej ilości piercingów wszelakich (bo, po pierwsze oślepiają naszego rozmówcę, gdy słońce jest w zenicie, po drugie zablokujecie kolejkę do wykrywacza metalu na lotnisku, a po trzecie, w większości wypadków, miast zdobić- szpecą okrutnie).

Najprostszym rozwiązaniem są znane i sprawdzone pomysły, bez ekstrawagancji- zwykłe dżinsy, normalne bojówki, trampki, koszula bądź tiszert (bez żadnych gównianych agitek na przedzie, powtarzam po raz ostatni), luźno, łatwo i przyjemnie. Ale bez zbędnej wsi i żenady.

*Higiena- Podstawą, co powinno być oczywiste, jest mycie zębów, o czym jakoś dziwnym trafem, zapomina większość. Zeżre taki kebaba czy jakieś cebulowo-czosnkowe specjały z dworcowej budki i nawet jakiegoś odświeżacza w postaci gumy do żucia nie chapnie, tylko jebie w promieniu dziesięciu metrów nawet, gdy ust nie otwiera. Rozumiem jeszcze stare baby w paltach i jesionkach, które, nie dość, że swoje czterdziestoletnie ciuchy kąpią codziennie w naftalinie, to, gdy tylko temperatura spadnie poniżej piętnastu stopni, zaczynają, dla zdrowia, wpieprzać ząbki czosnku mieszane ze śledziami, co jest niewątpliwą atrakcją podczas podróży miejską komunikacją. Tyle, ze taki stan rzeczy można zwalić na podeszły wiek i demencję. Natomiast człowiek dwudziestoparoletni, którego jama ustna jest zapisana w Konwencji Genewskiej jako zakazana broń masowej zagłady, powoduje, że moja wiara w młode pokolenie umiera w straszliwych męczarniach.

Inną zasadniczą kwestią, także dotyczącą zmysłu powonienia, jest tak prosta czynność, jak kąpiel. Wiem, że w niektórych domach pozostała tradycja, gdy w sobotę cała rodzina celebruje ablucje i wchodzi do wanny do jednej czwartej zapełnionej wodą po kolei, zgodnie z zasadą starszeństwa, ale do chuja, nie mieszkamy w Afryce, gdzie o studnię na środku pustyni mordują się czternastoletnie czarnuchy. Nawet szybki prysznic z rana i uprane majtki dodadzą nam punkty do fajności, choć może to przerastać możliwości tych co bardziej opornych. Do tego dochodzi jeszcze kwestia doboru przyodziewku do warunków atmosferycznych- wbicie się w czarne ciuchy przy temperaturach tropikalnych zamienia człowieka w mokrą szmatę do podłogi.

Ważna zasada numer trzy to fryzura. Mężczyzna nie powinien się nosić za długo, bo raz, że to wyszło z mody w latach siedemdziesiątych, a dwa- utrzymanie w czystości włosów do pasa wiąże się z takim wysiłkiem, ze niektórym po prostu odechciewa się dbać o nie w ogóle, dzięki czemu zaoszczędzają na maśle i oleju do smażenia, ale pozostawiają tłuste plamy w najbliższym otoczeniu. Poza tym posiadacz pióropusza nieustannie linieje niczym pies na wiosnę, przez co trzeba rozkładać pokrowce na kanapy w salonie i siedzenia w samochodzie.

Na dziś to tyle, wkrótce – część druga, w której poruszymy, szanowni słuchacze, tak ważne zagadnienia jak: beznadziejne zainteresowania, chujowe hobby, braki w elokwencji i kulturze oraz, last, but not least, obyczaje kulinarne. Stay tuned.

04
lis
07

Cóżem uczynił?

 

Tak. Nawet Ninja popełnia błędy. Najlepszym się zdarza. Niestety.

Bądźmy szczerzy- Internet nie jest dla wszystkich. Pójdę w twierdzeniu tym jeszcze dalej- Internet powinno się wyłączyć w większości polskich domów. Skąd te wnioski? Z prostej obserwacji, o której, w ramach dzisiejszego wykładu, opowiem ze szczegółami.

Przyznaję się bez bicia- od samego początku lurkowałem po /b/.

 

 

———-Uwaga, jeśli nie zrozumiałeś powyższego zdania, wszystko, co znajduje się poniżej, możesz sobie odpuścić. Seriously, give up. Stop reading. Don’t ask.————

 

 

Ostatnimi czasy mi przeszło, bo to już nie to samo, acz czasem, nie ukrywam, utrafi człowiek jeszcze coś, co go rozbawi. Jednocześnie, jako istota przesiąknięta siecią, pewne zwyczaje z różnych pokurwionych sajtów człowiek starał się przeszczepić na polski grunt.

Błąd.

Jak wspomniałem wcześniej, bariera językowa jest jednym z powodów nieumiejętnego korzystania z Internetu. Nie będę się rozwodził nad tym, jak bardzo upośledzonym trzeba być, by nie łapać podstaw tak ubogiego języka, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że kilka (już chyba nawet kilkanaście) lat temu, gdy ja zaczynałem naukę, inglisza dało się nauczyć co najwyżej z Cartoon Network oglądanego na piraconej satelicie i z gier komputerowych. Mniejsza z moimi magicznymi supermocami i talentami +5 do wszystkiego, bo dryfuję coraz dalej od meritum.

 

 

Główną i najtrudniejszą do usunięcia przeszkodą w zaszczepieniu na polski grunt internetowego dowcipu w rodzaju All your base are belong to us czy zwyczajnego, prostego motivational postera, poza wymienionym wyżej czystym lenistwem i niechęcią do foreign languages, jest kulturowa bariera, dzieląca zachód i nasz śmieszny kraik.I nie chodzi tu tylko i wyłącznie o to, że Polak nie zrozumie dowcipu na temat baseballu czy zgrywania się z jakiegoś prezentera CBS. Otóż, moi drodzy parafianie, Polak nie ma poczucia humoru. Za grosz samokrytyki i autoironii.

Jakiś czas temu przeprowadziłem eksperyment- z jakim skutkiem uda się zasadzić w polskojęzycznej sieci coś, co nazywa się fachowo Motivational Posterem. Na początku nic nie zapowiadało tragedii. Ale po kilku miesiącach wniosek, jaki wyciągnąłem z moich badań, był jasny:

Polak ani nie zna umiaru, ani nie wie, kiedy należy być zabawnym. Tyle dowiedziałem się, gdy na pewnym (dla niektórych wiadomym) forum pokazałem, czym jest ów motivational poster. Najpierw dość nieśmiało inni podchwycili pomysł, lecz z upływem czasu było coraz gorzej. A tylko i wyłącznie dlatego, że dziewięciu na dziesięciu użytkowników chce być śmiesznymi, błyskotliwymi, fajnymi, rozpoznawalnymi, ale dążą do tego tak kurewsko nieudolnie, że teraz sam żałuję swego czynu.

 

Ale mam zamiar naprawić to, co zepsułem, bo moja misja dziejowa tego wymaga. Wiem, ze niektóre jednostki są na tyle niereformowalne, że należy sie z nimi obejść za pomocą lobotomii i pejcza z bawolego penisa, ale zawsze jest maleńka szansa, odległe światełko w tunelu, jakakolwiek nadzieja, ze choć jedna osoba pojmie, co robi źle. I wtedy Internet będzie choć o jeden promil szczęśliwszy.

———————————-

Po tym długim wstępie raczę poprowadzić swój zwyczajowy wykład. Dziś będzie on w formie punktów, które należy sumiennie zanotować, by nie wyjść na na absolutnego niedojebka w sieci. Zeszyty i długopisy przygotowane? No to lecimy.

 

 

  1. Old shit is old. Jedna z najważniejszych zasad w Internecie, o której zdaje się nie pamiętać większość zasiedlającej sieć populacji. Nie, Chuck Norris nie jest już śmieszny. Twoja Stara była zabawna, gdy srałem w majtki na widok Buki. To, co jest stare (a przypomnę, ze w Internecie wszystko starzeje się czterokrotnie szybciej niż w życiu za firewallem), nie jest zabawne. Możesz już przestać.
  2. Overindulgence is your enemy. Stara mądrość powiada, że dowcip opowiedziany raz- śmieszy, trzy razy- nudzi, dziesięć razy- prowadzi do poważnych uszkodzeń ciała, z odbytem włącznie. To miedzy innymi zabiło dobry, porządny dowcip obrazkowy nie tylko na jednym, wiadomym forum, ale w całej polskiej sieci. Każda dwunastoletnia pizdopałka może teraz rzucić komuś obrazkową obelgę, przez co dyskusje wyglądają ostatnimi czasy jak komiks rysowany ręką ślepego przedszkolaka z ADHD.
  3. Kill yourself. Niestety, większość do tej zasady się nie stosuje. Serowy, iście chujowy dowcip powinien zostać napiętnowany i doprowadzić samozwańczego kawalarza co najmniej na skraj załamania nerwowego i zafundować mu długoletnią depresję, zakończoną widowiskową autoegzekucją za pomocą skakanki i żyrandola. Problem w tym, że taki rzekomy dowcipniś znajduje często poklask w grupie rówieśników (czy tez raczej rzec powinienem- w grupie o podobnym intelekcie, ale wtedy przywódcą takiego zgromadzenia zostać mogłyby nawet kombinerki), co w efekcie prowadzi tylko do jeszcze bardziej ochoczego zarzynania wcześniej zabawnego dowcipu poprzez jego wybitne nadużycie.
  4. Prove your statements. Tego, moi drodzy słuchacze, wam brakuje. Argumentacji na poparcie tez. Przyjęło się już w sieci, ze można pierdolić bez ładu i składu, a i tak znajdzie się grupa ludzi, dla których takowe pieprzenie będzie niczym zesłanie ducha świętego. Na szczęście zdetronizowanie takich jednostek to bułka z masłem dla kogoś zaprawionego w słownych utarczkach i bataliach, i nie wymaga to jakiegoś wielkiego wysiłku. Gładka gadka może uczynić kogoś bogiem w pewnych kręgach, biorąc pod uwagę, ze większość mieszkańców internetu potrafi się tylko odgryźć za pomocą “Twoja stara klaszcze u Rubika”.
  5. Learn to provoke. Prowokacja prowokacji nierówna, o czym pamiętają nieliczni, starsi stażem i odpowiednio doświadczeni. Prowokacja może być zabawna, jeśli jest umiejętnie przeprowadzona. Jednocześnie służy ona obnażeniu tego co najlepsze i najgorsze w tych, którzy dają sie złapać w nasze sidła. O prowokacji będę się rozwodził już wkrótce, mysie pysie.
  6. Don’t be a girl. Płacz i rzucanie się do kogoś, kto robi sobie z nas jaja, jest najgorszą możliwą opcją. Tak postępują małe dziewczynki, a wszyscy wiemy, że one nadają się tylko do dwóch… no, może trzech rzeczy. Poza tym automatycznie tracimy wszelki szacunek i poziom respektu, jaki akumulowaliśmy przez jakiś okres czasu, bo reagując jak mała pizdeczka, strzelając focha, odgryzając się bez finezji, wychodzimy na kogoś, kto lubi komedie romantyczne z Meg Ryan i śpi w piżamie.
  7. Grow up. I mowa tu nie o fizycznym wieku, bo posiadanie włosów łonowych nikogo do niczego nie upoważnia. Można mieć trzydziestkę na karku, ale jeśli nadal bawią nas pierdnięcia, a za najlepsze uważamy filmiki na Youtube robione z pomocą syntezatora Ivona, wtedy możemy być pewni, że:

a) Nigdy nie będziemy zabawni

b) Rodzina zapomni o nas przy spisywaniu testamentu

c) Weźmiemy ślub z własną dłonią.

 

 

 

Tyle na dziś, drogie dzieci. Teraz czas myć ząbki i do spania, kolejna lekcja życia (w sieci i poza nią) jutro.

 

 

 

 

04
lis
07

Cena sławy

Sława. Rzecz pożądana przez każdego, choć niektóre smutne jednostki będą starały się oszukiwać same siebie, że nie chodzi w życiu o pieniądze, kobiety\mężczyzn i sławę, a o to, by nie było wojen na świecie, by wszyscy byli zdrowi, szczęśliwi i nie jedli zwierząt, co jest oczywistym pierdoleniem pod lewacką, młodocianą publiczkę.

Sława. Zawsze ma swoją cenę. Przypatrzmy się na przykład dowolnemu celebirty, nawet tym naszym wypizdkom trzeciej kategorii, którzy grają w czterech telenowelach jednocześnie, dodatkowo jeżdżą dupą po lodzie w jednym programie, a jęczą w drugim i jakimś cudem jeszcze nie mają schizofrenii. Taki\taka celebrity (jesli ktoś w mojej obecności użyje kiedykolwiek słowa “celebryt”, zatłukę tym, co się pod rękę nawinie, a potem spalę mu dom) , choć tak naprawdę nie robi nic innego niż szary człek, który ma problemy z otwarciem okna, nawet wysrać się w spokoju nie może, bo mu z obiektywem aparatu w dupsko wlezą, a dzień później ocenią, po stopniu gęstości i zapachu kału, na pierwszej stronie ogólnopolskiej gazety, czy dobrze się ów gwiazdor odżywia.

Do czego zmierzam? Do tego, że nawet łyknięcie maleńkiej ilości sławy, w jednym czy dwóch miejscach w Internecie, nie owocuje tylko bałwochwalczymi pokłonami ze strony tych, którzy faktycznie słuchają, co człowiek ma do powiedzenia, ale także wianuszkiem zidiociałych, pokurwionych ludzików, które skaczą wokół biednego sieciowego celebrity i starają się przypodobać. Gada taki do ciebie, jakby znał cię od paru lat, a ty po raz pierwszy widzisz ksywę delikwenta na oczy. Jest dla ciebie zbiorem zer i jedynek, istotką, która siedzi gdzieś w Rzeszowie czy innym wypizdówku i sądzi, ze będzie miała w tobie kolegę. Nie, nie będzie miała.

Radosna, złośliwa, prowokacyjna twórczość spotyka się zawsze z wielkim odzewem, sypią się negatywne, jak i pozytywne opinie (ktoś, kto ma misję edukacyjną do spełnienia, ma je absolutnie w dupie), a co za tym idzie- rośnie z każdym dniem grupa przeciwników i popleczników. Mądry internetowy pretendent do wiecznej glorii i chwały będzie powściągliwy i nie stanie po stronie żadnego z ugrupowań. Pochwały i przyjacielska wymiana zdań jest zarezerwowana tylko dla tych, z którymi razem chodziło się na dziwki, piło wódę lub ciągało spliffa według ruchu wskazówek zegara. Niestety, wielu młodych, zdolnych i obiecujących twórców sieciowych bardzo łatwo daje się wciągnąć w przepychanki własnych fanów i przeciwników, co kończy się smutnym i kurewsko bolesnym upadkiem oraz utratą wszelkiego poważania. Szczególnie, jeśli domniemany gwiazdor okazuje się słaby w improwizacji i nawet porządnie, na poczekaniu, odszczekać nie umie.

Skąd taki, a nie inny temat rantu? Cóż, sam, jako człowiek iście fajny, rzec by się chciało- zajebisty, spotykałem się zarówno na żywo, jak i w sieci, z przejawami fanowskiego oddania i ciągnięcia druta. Pół biedy, gdyby to były ładne kobiety (acz i takie się zdarzają, ale mówimy tu o złych, nie dobrych aspektach bycia gwiazdą internetu). Niestety, w zatrważającej większości jest to młodzież dysfunkcyjna, patologicznie wręcz głupia i porażająca elokwencją na poziomie szuflady z narzędziami stolarskimi, chcąca zaprzyjaźnić sie z “kimś znanym na forum”. A chuja, nie będzie przyjaźni. Won.

Powtórzę raz jeszcze- nie, nie jesteśmy kolegami. Nie, nie wpadnę obejrzeć twojej kolekcji owadów, chyba że masz nie więcej niż dwadzieścia lat, fajne cycki i nie trzeba cię przepędzać kijem. Ogólnie nie lubię ludzi, zaś sympatią darzę tylko tych, którzy są tego warci.

Na 90% ty do takowych nie należysz.

04
lis
07

Będę pisał po polsku…

…bo trzy czwarte polskich użytkowników Internetu, mimo, że korzysta z sieci GLOBALNEJ, w której oficjalnym, urzędowym językiem jest ANGIELSKI, nie zna innego sposobu porozumiewania się niż swój native language, choć i co do tego, przypatrując się od wielu lat społeczności internetowej, mam zajebiste wątpliwości. Mógłbym być złośliwy i uskuteczniać bloga nie po angielsku, a po rosyjsku dajmy na to, co pewnie mi się zdarzy- ot, dla szpanu, żem jest multilingwista, tudzież by powkurwiać co niektórych. Ale taki nie będę, bo mam ważną misję do spełnienia.

Do rzeczy. Skąd inspiracja na założenie tego, co widać właśnie na waszym monitorze? Dziwnym trafem, po raz kolejny dałem się zmanipulować ludziom, których zasadniczo lubię.

Nosiłem się z zamiarem rozpisania jakiegoś durnego bloga lat kilka. Zawsze uważałem, iż pisanie w sieci o tym, ze poszło się kupić mleko, a potem obsiorbało się swojemu chłopakowi na przystanku, jest wbrew wszelkim prawom logiki (z której nigdy nie byłem zbyt dobry, acz podstawy znam) i zdrowego rozsądku.

A tu proszę- takie pierdoły znajdują w sieci poklask. Najczęściej u tych, którzy piszą to samo, przy czym siorbanie chłopakowi na przystanku zamieniają na kakaowe tete a tete gdzieś w krzakach Parku Saskiego, lub na cokolwiek innego, co teraz jara piętnastolatków, którzy rzekomo znają życie, bo są już niemal dorośli.

Nie misie pysie, tu tak nie będzie. Zaproszenia do przeczytania jakiegoś wpisu będą w najlepszym wypadku zbywane śmiechem. W najgorszym- wzięciem na buty. Chyba, że wpis taki będzie wartościowy, ale takiej ewentualności raczej nie przewiduję. Ja tu mam was nauczać, nie dzielić się wrażeniami z wypadu do osiedlowego spożywczaka, gdzie pani Hela jak zwykle nie miała wydać reszty. Macie chłonąć wiedzę, czytać. Jeśli czytanie wam nie odpowiada, nikt was do tego nie zmusza. Wypierdalać.