Archiwum kategorii 'Things that are awesome' Category

08
mar

John Motherfucking Rambo (czyli o pięknie drzemiącym w prostocie i o ataku nostalgii)

Wróciłem (z kina i na Bloga jednocześnie) i powiem tak- znów poczułem sie gówniarzem, chodzącym codziennie do wypożyczalni kaset i łykającym nowości z półki przy kasie (za którą siedział dziwnym trafem facet uderzająco podobny do comic book guya z Simpsonów) , wydając kieszonkowe na drugie śniadanie. Bo takich filmów jak Rambo już nie robią. Prostych, w których nikt nie zadaje pytań “Skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?”, stworzonych tylko i wyłącznie ku uciesze gawiedzi, tnących wszelkie zbędne bzdety i przesłania na rzecz kultywowania pozbawionego głębszych treści MĘSKIEGO kina.

Dawno dobrze nie bawiłem się na seansie. Chadzałem na filmy z gatunku tzw. “trudnych”, “skłaniających do przemyśleń”, “posiadających drugie dno”. Były ciekawe, oczywiście, trafiło się kilka(naście) nudnych smętów o niczym oraz parę perełek i dzieł wybitnych , ale nie były to obrazy, które spowodowały, ze pokochałem kino za młodu. Bo film ma służyć rozrywce i nic w tym złego, że nie wskaże nam sensu istnienia. Coś, co umarło mniej więcej na początku lat 90, rzeczy, na których się wychowałem, pokroju Rambo, Die Hard, Krwawego Sportu, Brudnego Harry’ego, Indiany Jonesa i Życzenia Śmierci, odeszły w niepamięć i ustąpiły miejsca produkcjom albo “wyższej klasy”, albo bezdennie durnym komediom o ruchających sie nastolatkach. Zabrakło tego pięknego, ukochanego przeze mnie czynnika, tak zwanego “cosia”, który, mimo, ze filmy nie szczyciły się jakimiś górnolotnymi cytatami i prawdami o życiu, sprawiał, że przyciągały one przed ekran i trzymały w napięciu, choć i tak wiedzieliśmy, ze główny bohater na końcu wszystkim skopie dupska. Wszyscy znaliśmy zakończenie, zdawaliśmy sobie sprawę, że Clint zastrzeli każdego fagasa, który mu się napatoczy, Charlie Bronson wypatroszy z psychopatyczną przyjemnością przestępców wszędzie tam, gdzie się pojawi, Żan Klod wygra turniej, Indy nie zgubi kapelusza, McLane sypnie sarkazmem mordując trzysetnego terrorystę, a John Rambo ręcami swemi zakończy każdą wojnę.
Powtórzę- takich filmów, dla młodych chłopaków, którzy kochali bawić sie w wojnę, policjantów i złodziei czy w turniej karate na podwórku już nie robią. Czy raczej- zatrważająca większość twórców robić ich nie chce. Transformers to inna para kaloszy, był to orgazm dla geeków zakochanych w bzdurnej, ciągnącej się przez kilka lat reklamie plastikowych robotów zmieniających się w samochody, film przeznaczony (przynajmniej w Polsce) do wąskiego grona pokurwieńców mojego pokroju, uważających Optimusa Prime’a za figurę mesjańską. Mnie wielce uradował, ale nie był to obraz na miarę JOHNA RAMBO.

Każdy z odpowiedniego rocznika (a nawet ci młodsi, choć oni posiadają już inne wzorce i inną sferę odniesień kulturowych) wie, że Rambo to synonim jednoosobowej armii, człowiek, który ma testosteronu więcej w małym palcu, niż wszyscy faceci na ziemi razem wzięci (wyłączając Clinta). Postać całkowicie nierealna i mniej wiarygodna od Spidermana. A jednak każdy, kto zasiadał przed telewizorem i odpalał psu z gardła wyciągniętego, piętnaście razy piraconego VHSa na tajwańskim magnetowidzie, który rzęził niczym staruch pod respiratorem, uruchamiał tzw. suspended disbelief, zawieszał zdroworozsądkowe, logiczne myślenie na kołku w przedpokoju i z wypiekami na twarzy smotrił w ekran, a napięcie towarzyszące seansowi ściskało pośladki tak, że przy napisach końcowych były opuchnięte i spocone. Za takimi filmami tęsknił każdy, choć niewielu się do tego przyzna, gdyż lubić filmy z Rambo to automatyczny ostracyzm towarzyski i skazanie się na banicję, natychmiastowy wylot z elitarnego kręgu miłośników Francuskiej Nowej Fali.

Szczerze powiedziawszy, Sylwek to jedna z najbardziej niedocenionych postaci w światowym kinie. Wszyscy uskuteczniają jakieś śmiechy chichy, podśmiechujki, jadą po jego aktorstwie bez mydła i… być może mają rację. Nie zaprzeczam, że Sly ma cztery sztandarowe miny i wargi większe niż Angelina Jolie. Że cedzi zdania pod nosem, bełkotliwie. Że więcej wdzięku ma słup telegraficzny. Nawet, że mu sie jedna powieka nie domyka. Można wiele złego o gościu powiedzieć i nie pisnę słowem, ale zdać należy sobie sprawę, że facet jednak ma talent i posiada tyle energii i determinacji, że wszystkim, mianującym się prawdziwymi mężczyznami, powinna zmięknąć pyta. Bo sam zaparł się, napisał scenariusz o facecie napierdalającym z pięści w mrożone tusze wołowe i łaził po studiach filmowych tak długo, aż nie zatwierdzono jego skromnego projektu i nie nakręcono jednego z najlepszych dzieł w historii kinematografii, którego tytułu nie muszę podawać. Film ten miał wszystko- 5% dramatu i wzruszeń i 95% czystej, genialnej w swej prostocie, niczym nie skrępowanej i trzymającej za jaja do ostatniej sekundy akcji. Ktoś mógłby sie tam doszukiwać społecznej krytyki Ameryki, moralitetu o pokonywaniu przeciwności, dążeniu do własnego American Dream… Może to i prawda, gdyby zagłębić się w treść. Ale piękne w historii prostego boksera było to, że wcale od nas tego nie wymagała, działała na nas, nawet, jeśli nie wprawialiśmy w ruch trybików we własnej czaszce, wyłączaliśmy myślenie i pozwoliliśmy płynąć przez nas podświadomie emocjom, kibicowaliśmy sepleniącemu Włochowi całym sercem, zaś mózg nie był nam do tego potrzebny.

Podobnie miała się sprawa z drugim najsłynniejszym obrazem Stallone’a. Znów recepta “5% wznioślejszych treści, 95% kopania po mosznie” sprawdziła sie doskonale. oczywiście, John był wyrzutkiem, niedopasowanym do społeczeństwa freakiem, którego wojna nie nauczyła niczego poza skutecznym mordowaniem bliźnich. Chłop został pozbawiony duszy i takie tam. Ale schodziło to na daleki plan i tak naprawdę miało tylko zbudować nam obraz faceta, który nie cofnie sie przed niczym i wszelkimi dostępnymi środkami utrudni (czytaj- odbierze) życie tym, którzy zaleźli mu za skórę. I znów serwowano widzom wygładzanie zwojów mózgowych czterdziestotonowym walcem, przez 100 minut cudownej jatki, jaką gieroj urządzał swym adwersarzom. Nic do dodania- John wygrywa (mimo, że wciąż nie może zaznać spokoju i ląduje za kratami). ZAWSZE wygrywa, no matter the odds. Opus Magnum kina spod znaku wybuchów i serii z RKMu.

No i nie zapomnijmy o muzyce, która stała się znakiem rozpoznawczym obu serii z Sylwestrem. Każdy jest w stanie zanucić motywy przewodnie- chwytliwe, bez zbędnej wirtuozerii, za to pasujące idealnie do klimatu owych opowieści.

I znów powtórzę niczym mantrę- takich filmów już nie ma. Zaś czwarta odsłona Rambo to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Bo jest to właśnie tytułowe “piękne, bo proste” kino. W dobie rzekomo ostrych filmów z ograniczeniem wiekowym PG-13, gdy na ekranie nie może pojawić się choćby skrawek nagiego cyca, słowo “kurwa” zamienia się na “motyla noga”, zaś ilość krwi odmierza się w takich normach, by zmieścić się w “teen friendly” ratingu, Rambo pierdoli wszelkie konwenanse i rzuca w odbiorcę wszystkim tym, czego mądre głowy zakazują w trosce o czystość i wrażliwość przeciętnego zjadacza burgerów. I co lepsze, nie robi w tego sposób tani, nie czyni z mięcha swej karty przetargowej. Chujowizny i smuty pokroju Hostel czy Piły jadą na jednym schemacie- brutalność. Jednak miast robić na widzu wrażenie, uderzają absurdalnością i zasłaniają się hektolitrami czerwonej farby, by ukryć ewidentny brak talentu scenarzystów, którzy próbują wcisnąć nam jakąś fabułę. Rambo, mimo tego, że epatuje flakami i fruwającymi kończynami i pomimo faktu, że skrypt miał pewnie trzy strony, z czego dwie i pół zapełniono onomatopejami wybuchów i wystrzałów, w żadnym miejscu nie daje nam odczuć, że mamy się jarać tylko i wyłącznie sceną, gdy komuś mina urwała nogę, albo że paskudni żołdacy pacyfikują wioskę, palą, rabują i gwałcą, a nawet wrzucają niemowlęta do płonących domów. Owszem, jest to czasami komiksowa przesada, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę setting i tematykę filmu- przerażające okrucieństwo ma uzasadnienie, nie służy tu za główny atut, a jest tylko NIEZBĘDNYM dodatkiem do tego, co najważniejsze w tym obrazie- do Johna (motherfucking) Rambo. Faceta, który nie musi mówić co myśli. Faceta, który nie musi w ogóle myśleć. Faceta, który robi to, co do niego należy. To, co potrafi najlepiej. To, do czego został stworzony. Bez zbędnego pieprzenia, bez chwili refleksji. Amen.

Tak, wiem, cała fabuła to tylko preteks, by ukazać, jak zajebisty jest Rambo. A powiadam wam, miejscami skali brakuje, by ogarnąć jego moc. Człowiekowi sie gęba cieszy, gdy bohater ma wyjebane na wszystkich wokół i pustelniczy w dżungli, rzucając półsłówkami i cały swój stosunek do świata wyrażając jedynie zimnym spojrzeniem. Jeszcze większy uśmiech pojawia się na twarzy, gdy wkracza do akcji i własnoręcznie wybija wrażą dywizję przy pomocy łuku, maczety i KMu zainstalowanego na dżipie. Okej, ma kilku pomagierów, ale nie oszukujmy się- ten film od początku do końca performancem Stallone’a stoi. Przecież to 61-letni dziadek, a skacze, biega i skrada się cichcem za plecy biednych żołnierzy z wprawą dwudziestolatka. Cholera, ma lepszą kondycję od większości dwudziestolatków na tej planecie. Połączmy teraz wielkiego jak dąb, silnego jak wkurwiony słoń, zwinnego jak Ninja, niezawodnego jak Kałasznikow wojownika ze ślicznymi, sielankowymi wręcz zdjęciami wiecznie zielonej dżungli, zraszanej co i rusz karmazynową posoką wylatującą z każdej możliwej części ciała oraz muzyczny podkład dopełniający obrazu całości i otrzymamy mieszankę dostarczającą porcji ROZRYWKI, jakiej dawno nie zaznaliśmy w kinie. Głupiej? Tak. Prostackiej? No jasne. Niewymagającej? Oczywiście. Ale naprawdę satysfakcjonującej i potrafiącej uwolnić tyle adrenaliny, że nie da się usiedzieć prosto w fotelu. Rambo zafundował mi powrót do przeszłości, do czasów, gdy podczas seansu młodzieńcze emocje brały górę nad rozumowaniem i do cudownych gówniarskich chwil, które pozwalały czerpać radość z tego, że dobro znów zatryumfowało, a wszystkie paskudne skurwysyny leżą rozprute seriami z karabinu. Zasłużyli sobie i nie zastanawiam się nad jungowskim dualizmem człowieka, nie rysuję portretu psychologicznego niewzruszonego sprawcy całego zamieszania, stojącego dumnie pośród sterty ciał. John dokonał dzieła i w kąciku mego oka pojawia się łza wzruszenia, bo dzięki niemu przypomniałem sobie wszystkie cudowne i zostawione za sobą szczenięce lata.

A żeby jeszcze samego Rambo było mało, przed filmem poczęstowano mnie trailerem nadchodzącego czwartego Indiany. Pomimo, ze widziałem go już trzydzieści razy we wszystkich możliwych formatach i jakościach, ogarniało mnie błogie uczucie spełnienia. Wszystko zapowiada, że AD 2008 będzie dla mnie wspaniała okazją do nostalgicznego rozpamiętywania cudownych momentów mego żywota, kiedy nikt nie słyszał o Internecie, multipleksach, DVD i Pokemonach, zaś rozrywką po szkole było chodzenie do kumpli pograć na SNESie tudzież Amidze, a każdy chłopak na podwórku znał na pamięć Poszukiwaczy Zaginionej Arki i Terminatora. Such good times…

To będzie dobry rok. Thank You for that, John. Thank You with all my heart.

————————————

Editorial sidenote: Tak, wróciłem na dobre. Przez ostatnie miesiące pracowanie na to, by się ubrać, wyżywić i korzystać z rozrywek zawalało mi cały grafik, ale cóż, nawet Ninja musi czasem porzucić charytatywne nauczanie pospólstwa na rzecz bardziej przyziemnej pogoni za kasą, która podobno szczęścia nie daje, ale życie ułatwia i pozwala na uzyskanie dostatecznej płynności finansowej, by obiegać się o kredyt mieszkaniowy oraz umożliwia wyjazdy do miejsc trochę mniej nudnych niż Rzeczpospolita. Stay Tuned, aktualizacje nie będą już zabierały pół roku. Tak, odpowiem też na wszystkie hate comments i hate mails, misie pysie.

13
lis

Wzorzec mężczyzny

Wczoraj sobie poszedłem na nową wersję 3:10 to Yuma. Zdatne do spożycia, choć oryginał lepszy, bo mniej przekombinowany i wydumany. Miło się oglądało aczkolwiek do odpowiedniego odbioru tego filmu potrzebna jest drobna doza chłopięcej miłości do westernów (nie, Brokeback Mountain nie należy do gatunku westernów, plasuje się raczej w tej samej kategorii co filmy z Sandrą Bullock), które wraz z komiksami i disco relaxem w Polsacie o poranku wychowały mnie na porządnego człowieka.

Ale co z tą Yumą i jak to się ma do dzisiejszego wykładu waszego ulubionego/znienawidzonego wykładowcy? A no tak sobie patrzyłem na grę zarówno generała Maximusa, jak i już wyrośniętego panicza Jamesa, co chciał batonik Hersheya. Mimo, że się starali ze wszystkich sił, robili groźne grymasy i starali się być twardsi niż stolec po trzydniowej imprezie, to nie przybliżyli się nawet o metr do Niego. Do ideału. Do wzorca prawdziwego mężczyzny.

W zasadzie na którego bym dziś faceta nie spojrzał (tak, siebie także wliczam, mimo całej mojej zajebistości), kogo bym z Nim nie porównywał, nikt nie może osiągnąć choćby promila Jego geniuszu. Teraz w modzie wymuskane pipki, na srebrnym ekranie, w kolorowych magazynach, na scenie czy na ulicy. Takie ładne chłopaki, na widok których dzierlatkom poziom kisielu wzrasta trzykrotnie. Cóż z tego, że przystojni, może nawet niektórzy wykształceni, oczytani, zabawni? Chuj z tego, moi mili.

Jaki by współczesny mężczyzna nie był, nigdy nie będzie w stanie zabić samym wzrokiem. Żaden z nas, niestety, nie zrobi takiej obojętnej miny podczas mordowania kolejnej setki jakichś fagasów. Ani jeden facet nie osiągnie takiego tembru głosu, który powodowałby natychmiastowe luzowanie zwieraczy. Wielu próbowało, but there can be only one.

To gość, który może zagrać mopa do podłogi, a i tak będzie z niego badass motherfucker. Choćby ubrano go w strój Teletubisia, gdyby nawet wystąpił w teledysku Green Daya, albo w reklamie Domestosa- zawsze będzie bezdyskusyjnie miażdżył pytę.

Dlaczego nikt nigdy nie osiągnie jego poziomu? Okej, wciąż jeszcze są miejsca na podium do obsadzenia, przy na drugim stoi Gregory Peck, a o trzecie bije się Sean Connery z Humphreyem Bogartem, zaś w kolejce czekają jeszcze na swój czas Christopher Walken i Charles Bronson. Tak, wiem, że trzech z tych panów nie żyje i są raczej mało skorzy do bitki w takim stanie, ale przynajmniej o nich ktoś pamięta, po was zaś nie zapłacze nikt, nawet wasza rodzina, a to z tego powodu, że do tej pory nie zdawaliście sobie sprawy z Jego zajebistości , therefore- you suck better than Heather. (uwaga, niniejszy dowcip z siorbaniem zrozumieją zapewne nieliczni. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które nie załapały, cóż, you suck even more)

Ale ale, bo my tu o zasysaniu, a przecież uciekamy od głównego tematu. Dlaczego On jest wzorcem mężczyzny doskonałego? Oto zbiór jasnych, klarownych odpowiedzi:

  • Nigdy nie był młody. Jak wszyscy wiemy, młodość, a szczególnie okres pomiędzy sraniem w pieluchy a pierwszym umoczeniem w czymś innym niż kostka masła, to czas absolutnego braku szarych komórek. Każdy poza Nim był kiedyś dzieckiem. On zaś od razu pojawił się na ziemskim łez padole z trzydniowym zarostem, cygarem w zębach i paskudnym grymasem na twarzy. Widzieliście Go kiedyś młodego? No właśnie.
  • Mordował niewinnych (choć, co jest jasne, wszyscy są winni, mniej lub bardziej) z uśmiechem na ustach
  • Przeprowadził eutanazję
  • Poleciał w kosmos
  • Zastrzelił Gene’a Hackmana (a innym razem go pogrążył)
  • Nawet w chujowym romansie mówił tak, że ptaki spadały z niebios a rzeki cofały bieg
  • Wystąpił w musicalu (gdyby jeszcze było to Blues Brothers…) i nawet tam pokazał klasę
  • Uciekł z Alcatraz
  • Nie wyglądał na geja nawet w różowym Cadillacu
  • Cytowano go (trzykrotnie!) w Falloucie 2
  • Nawet gdy się uśmiecha, zwiastuje to burzę z piorunami i gradobiciem
  • Wykoleił pociąg. Niejeden.
  • Ma kilka poświęconych sobie pieśni, jedna ma nawet jego imię i nazwisko jako tytuł
  • Nie mówi dużo. Działa, miast marnować energię na zbędną konwersację
  • Nawet w ortalionowym dresie wzbudza postrach
  • Przeżył lotniczą katastrofę (i nie mówię tu o filmach, a o prawdziwym, brutalnym życiu)
  • Okradł nazistowski bank
  • Grał w filmach z wielkimi potworami (a oczywistą sprawą jest, że wielkie potwory są w pyte)

Jeśli ktokolwiek łapie się na chociaż 1/4… no, nie bądźmy aż tak rygorystyczni- 1/10 z tych podpunktów, moje gratulacje.

Ale nie cieszcie się zbytnio- i tak każdy ZAWSZE będzie mniej zajebisty niż  Clint.

08
lis

Jak być fajnym? Part 3

Na początku dzisiejszego rantu chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom, którzy, chcąc mnie pognębić, jeszcze bardziej podbili statystyki i zwiększyli zasięg mych słów. Your anger makes me stronger, jakby to rzekł imperator Paplanina.

Po tym dziękczynnym wstępie, czas na część właściwą dzisiejszego wykładu o tym, jak być fajnym. Na wokandzie: braki w elokwencji i kulturze oraz zwyczaje żywieniowe. Tym razem tematyka jasna, prosta i nie wymagająca wiele wysiłku zarówno od nauczyciela, jak i od młodego padawana, który wcześniej raczył się zastosować do rad zawartych w poprzednich odsłonach.

Po trzecie- ubytki w mowie i w piśmie. Należy zaznaczyć, że przeintelektualizowany bełkot jest równie zły jak pieprzenie na poziomie pięciolatka. W zasadzie nie wiem co gorsze- rzucanie Deridą, którego się nie rozumie (ale teraz modne jest cytowanie jego słów o postmodernizmie, mimo, że niewielka część chełpiących się znajomością tego autora wie, o co mu chodzi), czy odpowiedź “Twoja stara”. Oba przypadki normalnego, fajnego człowieka bawią setnie.

Wait, scratch that- po namyśle stwierdzam, że pseudointeligenckie farmazony są jednak bardziej zabawne. Odzywki rodem z podstawówki znamionują młody, chmurny i durny wiek rozmówcy, przez co jest jeszcze jakaś nadzieja, że z biegiem lat zmądrzeje. Natomiast osobnik szczycący się swą niby-inteligencją, gdy obnaży się błędy w jego rozumowaniu, przeuroczo zaczyna się pluć i wierzgać niczym ogier przed kastracją, co tylko znamionuje nadszarpnięte ego, wcześniej niczym nienaruszone. Lekcja warta zapamiętania, ba, nawet dwie lekcje:

  1. Stoicki spokój jest podstawą normalnej, ciekawej, zajmującej dyskusji.
  2. Stylizowanie się na wykształciucha bez odpowiedniej wiedzy prędzej czy później skończy się naszym bolesnym upadkiem.

Dlatego, zanim coś powiemy, miejmy pewność co do sensu i znaczenia naszych słów. Swego czasu wielką karierę zrobiło słowo “bynajmniej”, używane zamiennie z “przynajmniej”, co doprowadzało do kurwicy każdego z choćby minimalną wrażliwością językową. Jeszcze wcześniej pamiętam szał na wciskanie łacińskich zwrotów, gdzie się tylko dało (nie wiem, po jaką cholerę, bo brzmiało to idiotycznie). No i nie można tez zapomnieć o tych, którzy nie zauważają, kiedy słowa powinny mieć końcówkę “ą”, a kiedy “om”- nic tak nie gotuje krwi jak nierozróżnianie narzędnika liczby pojedynczej od celownika liczby mnogiej. Każdego, kto powie (bądź napisze, bo w mowie różnica jest mniej wyczuwalna, zawsze można to zwalić na wybite przednie zęby) “Lubię przyglądać się kobietą” wysyłałbym na Islandię. Czemu tam? Bo zajebiście zimno i zajebiście smutno.

Recepta? Proste, twarde, jasne zdania, od razu wyjaśniające, o co nam chodzi. Ironizowanie i sarkazm, jeśli już chcemy ich użyć, muszą być rozwinięte na odpowiednim poziomie, inaczej wyjdziemy na kompletnego morona. Soczysty bluzg, podkreślający nasze twarde stanowisko, także może dopomóc w zaprezentowaniu swych racji, aczkolwiek nie wypada używać kurew zamiast przecinków.

Żeby nie być gołosłownym- prosty przykład złej i dobrej wypowiedzi:
wrong\right
Czy to jasne? Mam nadzieję.

 

 

 

 

Gdy już opanowaliśmy sztukę dyskursu, czas na mniej ważną, acz bardzo pomocną w uzyskaniu wiecznej chwały, sprawę: Po czwarte- co spożywać?

Są trzy rzeczy, które po spożyciu automatycznie przesuwają nas o krok bliżej do zajebistości:

  1. Nachos- oblane serkiem i maczane w porządnej salsie. Albo dorzucone do Chili Con Carne. I zapijane Tequilą. Można nie lubić brudnych meksykańców, ale trudno nie kochać ich kuchni, która jest przeznaczona dla prawdziwych mężczyzn- ostra, wyrazista i sycąca.Byle ciota jej nie tknie.
  2. Suszone mięsko- Za oceanem zwana Beef Jerky lub po prostu Jerky. Pożywne, jednocześnie ze śladową ilością tłuszczu. I nie do podrobienia w smaku. Występuje w odmianie ciętej, nuggetowej, batonikowej i paru innych, a w każdej postaci rozpierdala, bo to cudeńko jest wręcz genialne w swej prostocie. I żrą je astronauci na promach kosmicznych- czy może być coś bardziej zajebistego?
  3. Red bull- Jako żywieniowy faszysta uznaję tylko tę markę energizerów. Wiem, że są tańsze, a równie skuteczne zamienniki, wiem też, że cenę RB dyktuje hype marketingowy. Cóż z tego, skoro najlepiej pasuje do papierosów, trzyma mnie na nogach lepiej niż kawa i najlepiej leczy mnie z kaca? Że to efekt przyzwyczajenia albo placebo jakoweś? Mam to w dupie, Red Bulla w moim krwiobiegu jest więcej niż hemoglobiny. I nie, nikt mi nie zapłacił, to reklama darmowa.

Do obowiązkowych trzech podpunktów można by jeszcze dorzucić rzecz jasna złocisty napój bogów (pić tylko i wyłącznie z butelki!), ale jako, żem zmotoryzowany, pozwalam sobie wieczorami lub w weekendy (nie, nie prowadzę kampanii trzeźwości, po prostu niewygodnie trzymać butelkę podczas jazdy, no i przy ostrzejszym hamowaniu należy liczyć się z rozlaniem trunku, co jest śmiertelnym grzechem).

Pamiętajcie też, że podstawą diety każdego szanującego się twardego madafaki jest mięso. Gdybyśmy wpieprzali korzonki i liście, do dziś pewnie siedzielibyśmy na drzewach, a największym cywilizacyjnym osiągnięciem byłoby wynalezienie drabiny. Dzięki temu, że jakiś jaskiniowiec wpadł na pomysł, by zamiast codziennego posiłku złożonego z kapusty i rabarbaru zapolować na mamuta czy jakiegoś pancernika, jesteśmy dominującym gatunkiem na ziemi. Gdyby nie fakt, że surowe mięso jest mdłe w smaku i trzeba było coś zaradzić w tej kwestii, nasi przodkowie nie wpadli by na pomysł rozpalenia ognia. Gdyby nie łowy na zwierzęta, które pchnęły do przodu ówczesny przemysł zbrojeniowy, połowę pierwotnej ludzkiej populacji zeżarłyby tygrysy, a tak mieliśmy dzidy, toporki, noże i inne narzędzia destrukcji, które równie dobrze sprawiały się w szlachtowaniu dziczyzny, jak w przeganianiu szablozębnych drapieżców. No i nie zapominajmy, że zanieść takiego kilkutonowego kudłatego słonia do jaskini nie było sprawą prostą, dlatego też wynaleziono koło i pakowano jeszcze świeże truchło na gigantyczną taczkę, ciągniętą przez całe plemię.

Dowód? proszę bardzo, malowidła naścienne odnalezione w Niax we Francji, prezentowane poniżej, ukazujące martwego mamuta na kołowym wózku.

mamut hunting

Dlatego też, by nie zaprzepaścić tego, co dali nam nasi odlegli krewni z czasów zlodowacenia, musimy jeść mięso. Zielenina może być co najwyżej dodatkiem. Ci, którzy odżywiają się samymi warzywkami i owockami, są na straconej pozycji w drabinie ewolucyjnej i zapominają, że kły służą do odgryzienia porządnego kawałka chabaniny, zaś trzonowce nie są do mielenia ziaren, a do dokładnego przeżucia naszej zdobyczy.

 

 

 

No, tyle w kwestii bycia zajebistym. Temat zapewne powróci jeszcze nie raz, przy wielu okazjach, ale podstawy, mam nadzieję, już macie jako tako ogarnięte. Co będzie na następnym wykładzie? Najpierw króciutki test z przyswojonego dotychczas materiału, a potem- kolejna lekcja życia w wykonaniu waszego ulubionego/znienawidzonego wojownika cienia.

 

 

07
lis

Jak być fajnym? Part 2

Poprzednio rozwodziliśmy się nad czysto zewnętrznymi aspektami zajebistości. Dziś natomiast poświęcimy więcej uwagi tak zwanemu “wnętrzu”, które, mimo, ze nic nie znaczy, jeśli nie posiadamy odpowiednich atrybutów widocznych gołym okiem, przydaje się na dalszym etapie bycia fajnym, gdy sama prezencja nie wystarcza.

Gotowi? Mam nadzieję, bo będzie masa bardzo ważnych i przydatnych wiadomości.Poprzednia część, gdyby ktoś wciąż miał problemy z prostą jak konstrukcja cepa nawigacją: tutaj

Po drugie- Zainteresowania\hobby. Ja wiem, ze w dzisiejszych czasach trzeba udowodnić, jakim jest się głębokim, inteligentnym i oczytanym, ale najczęściej, paradoksalnie, wychodzi się dzięki temu na idiotę. Kogo by nie zapytać, schemat odpowiedzi będzie taki sam, lub bardzo podobny: książki, film, muzyka. Ale nie jakieś tam książki, jakiś tam film, jakaś tam muzyka, o nie. Każdy doda obowiązkowo słowo “ambitne, ambitny, ambitna” tudzież, co też często się zdarza, pochodne wyrazu “niezależność”, albo, moje ulubione słowo-wytrych, używane przez wszystkich, którzy chcą uchodzić za nietuzinkowych i oryginalnych- “niekomercyjne”.

Przyjrzyjmy się zatem najpierw, drodzy uczniowie, cóż to za ambitne, wiekopomne dzieła czyta większość tych, którzy szczycą się swoją rzekomą elokwencją i oryginalnością?

  • Fantasy - so fucking original. Miłośnicy fantastyki nabijają co roku statystyki czytelnictwa w naszym stroniącym od słowa pisanego społeczeństwie.Cudownie, problem w tym, że poziom większości publikacji w tym gatunku waha się pomiędzy “bełkot” a “poprawne czytadło toaletowe”. Schemat goni schemat, elfy nie lubią krasnoludów, barbarzyńcy ruchają karczemne służące a straszliwi nekromanci chcą zawładnąć światem. No i nie zapomnijmy, że musi być choć jeden pieprzony smok. Ach, no i jest jeszcze Sapkowski, na którego powołują się wszyscy, jak kraj długi i szeroki (szczególnie przy okazji premiery całkiem zacnego Witchera ). Serio, w tym roku na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tytuły, przy których udało mi się nie zasnąć lub nie zwrócić obiadu. A zaznaczę, że odkąd nauczyłem się składać literki w słowa a potem w zdania, czytywałem dzieła (czy raczej, w większości przypadków- “dziełka”) o rycerzach i królewnach. Ale po pierwsze- z niektórych rzeczy się wyrasta, po drugie- ile można wałkować ten sam temat?
  • Literatura z Azji- przy czym w tym jakże szerokim pojęciu mieści się Murakami, Murakami i Murakami. No, może jeszcze Murakami. Każdy musi czytać Murakamiego, bo inaczej jest spalony w towarzystwie. Tym nazwiskiem można rzucać na lewo i prawo, by podwyższyć swój status lansowności. Ale gdyby tak spytać o lepszych pod względem tematyki i warsztatu)autorów, jak Dazai, Mishima czy Oe (noblista, do jasnej cholery), zrobią wielkie oczy i się dziwią. A przypomnę, ze ograniczyłem się w tym momencie do popowej, współczesnej japońszczyzny, nawet nie zahaczając o literaturę przedwojenną, ani o inne żółte kraje. Opieranie się na Murakamim wynika tylko i wyłącznie z tego, ze ktoś czasem napisze na jego temat w Przekroju, Koszernej czy innym periodyku opiniotwórczym. I jest to tak prostackie i puste, że aż mnie śledziona zaczyna boleć, jak o tym myślę.
  • Literatura skandynawska- Kolejny temat, jaki można podjąć w grupie wylansowanej młodzieży akademickiej. Im smutniejszy tytuł i im bardziej kontrowersyjny w naszym “nietolerancyjnym i katolskim kraju”, tym lepiej, bo wtedy malujemy siebie jako wielkich, tolerancyjnych liberałów. Szczerze? Sam mogę teraz, w ciagu trzydziestu sekund, wymyślić główny wątek utrzymany w tej konwencji. Książce nadam tytuł 125 Sztokholm, a będzie ona o dwóch nieletnich hermafrodytach, którzy zapałali do siebie wielką miłością, gdy uczestniczyli w teleturnieju, w którym wygrać można było zabieg eutanazji dla swojego dziadka. Pewnie byłby to bestseller.
  • Literatura rosyjska- Sam cenię i lubię. Przy czym statystyczny Polak, mówiąc, ze lubi literaturę rosyjską, ma na myśli to, że przeczytał (niekoniecznie w całości) Mistrza i Małgorzatę, ewentualnie obił mu sie o uszy tytuł Zbrodnia i Kara. Wojna i Pokój to już wyższa szkoła jazdy dla wtajemniczonych, zaś Borisa Pasternaka kojarzą ci, którzy widzieli puszczanego po raz setny w TV Doktora Żywago. O Czechowie, Majakowskim, Szołochowie, Trifonowie czy Buninie nikt się nie wypowie, bo po prostu takowych autorów nie zna. Dlatego przypomnę- to, że poznało się jedną, dwie, trzy książki, które są evergreenami i pozycjami absolutnie obowiązkowymi do przeczytania, nie czyni z nas miłośnika gatunku i nie jest niczym nadzwyczajnym.

Już wiemy, co czytamy, i dlaczego jesteśmy chujowi w naszych zainteresowaniach literaturą. Co następne w kolejce? Film. Co też nasza ambitna młodzież ogląda? Zabawna sprawa- ma to nierozerwalny związek z powyższą książkową wyliczanką.Ktoś, kto chce zabłysnąć w grupie, może sie pochwalić, że lubi kino ze Skandynawii, które charakteryzuje się tym samym, co tamtejsza literatura- musi być jak najsmutniejsze i jak najbardziej o życiu. Funkcjonuje pewien prosty schemat- parka zakochanych (płci dowolnej), która ma permanentnego doła, bo na zewnątrz piździ, oraz długie ujęcia, które jednak nie są żadnym zabiegiem artystycznym, a dowodem na to, że reżyser nie miał pomysłu na więcej niż piętnaście minut fabuły i musiał jakoś wydłużyć film do dwóch godzin. Czysta rewelacja i niezal, jak ja pierdole. Zasada jest prosta- im nudniejsze dzieło, tym lepsze do wymiany poglądów wśród światłej młodzieży.

A co z muzyką? Tu podział jest prosty, na trzy obozy:

  1. Kultura apaszki, frotki i grzywki wymaga, by słuchać Indie, zespołów niezależnych, tak zwanej alternatywy. Alternatywy do czego, skoro każdy gra teraz tak samo? Gdyby mi się chciało wyliczać wszystkie tak zwane “niezależne” zespoły, które wypłynęły od czasu okrzyknięcia The Strokes nową nadzieją rocka, to doczekałbym się wnuków. Wyłowienie czegoś wartościowego z tego całego gówna staje się z każdym dniem coraz trudniejsze, bo NME, Rolling Stone i Pitchfork codziennie dają jakiemuś zespołowi zaczynającemu się na “The” a kończącemu się na “s” pięć gwiazdek, mimo tego, że nie różni się od setki innych bandów. Ale cóż począć, skoro nawet Radiohead nie może wymyślić niczego nowego i najnowszy album jest po prostu średni?
  2. Obóz metalowy, w którym, nie licząc oczywistej odmiennej stylistyki, panuje taki sam zastój jak w lżejszych odmianach rocka. Wyłapywanie rzeczy dobrych w tym nurcie jest zresztą jeszcze trudniejsze, bo może i japoński noise jest oryginalny, ale tak pokurwiony, że słuchać tego dla czystej przyjemności się nie da. A przy reszcie można z nudów zdechnąć, bo ileż razy można powoływać się na zacnego Laibacha czy Current-93?
  3. W Hip-hopie zaś jeszcze większy stale-mate niż w dwóch powyższych. Ja wiem, że jest O.S..T.R.y , Afrokolektyw czy Łona oraz ponoć prężny underground, a czasem i Pezet coś zdatnego do spożycia skleci (acz słyszę spadek formy), ale cóż z tego, skoro większość młodzieży za najlepszych uznaje Ryśka Peję i Tedunia, a młodzież jeszcze młodsza jara się Mezem i spółką?

Sumując- odnaleźliśmy w powyższym spisie coś, co do nas pasuje? W takim razie błędnie myśleliśmy, że jesteśmy fajni. Nie. Jesteśmy chujowi. Nie ma czegoś takiego, jak dzieło niekomercyjne sensu stricto, bo za każdy film czy utwór muzyczny, jak bardzo oryginalny by on nie był, twórca, wytwórnia, dystrybutor i detaliści mają jakiś procent zysku ze sprzedaży, jeśli jest on w obrocie na rynku. Poza tym, jeśli o samą oryginalność chodzi, to przykro mi, ale teraz wszyscy szczycący się swymi niezal-zainteresowaniami… Ty, ty, tamten z tyłu i ten po twojej prawej- wszyscy ubieracie się tak samo, słuchacie tego samego, czytacie i oglądacie to samo. Gdzie tu do chuja oryginalność zainteresowań? Co nie pójdę do klubu, na uczelnię, cholera, wystarczy tylko, że wyjdę na ulicę- to samo, tak samo, w ten sam sposób.

Morał z tej lekcji? Silenie się na fajność i zajebistość prowadzi do upośledzenia. Nie jesteście fajni, nie jesteście zajebiści. Co zrobić, by to zmienić?

Nie, nie powiem “być sobą”, bo to frazes tak pusty jak mój portfel po kazdej wizycie na stacji benzynowej. Nie moi drodzy. Całe masy ludzi aspirujących do fajności przez lata oszukują samych siebie i innych, że to nudne gówno, które czytają\oglądają\odsłuchują, im się podoba. Po jaką cholerę? Wiadomo, że najlepszą rozrywką, odskocznią od rzeczywistości, są dzieła nie silące się na żaden górnolotny przekaz, rzeczy, które nie ukrywają swojej prostackości i beztreściowości pod płaszczykiem wyszukanego języka, cudacznych filtrów na obiektyw kamery i miliona bajerów kompozycyjnych. Dlatego w byciu fajnym nie przeszkadza obejrzenie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, posłuchanie Michaela Jacksona i przeczytanie durnego, sześćsetnego zeszytu X-Menów. Wtedy przynajmniej nie robicie siebie samych w chuja.

W następnym (ostatnim zapewne) odcinku- braki w kulturze i elokwencji oraz obyczaje i przyzwyczajenia kulinarne, czyli o tym, jak się wypowiadać i co jeść, by nie zostać luzerem.

05
lis

Jak być fajnym? part 1

Dziś o tym, co spędza sen z powiek ludziom pracującym miast i wsi od zarania dziejów. Mianowicie- jak być fajnym? Temat wiąże się pośrednio ze sławą i jej konsekwencjami, jednak zostanie celebirty to tylko jeden z kilku aspektów zajebistości własnego ja.

 

Wieloletnie doświadczenie oraz empiryczne sprawdzenie swych teorii, pozwoliło mi na opracowanie, drogie dzieci, dzisiejszego wykładu. Wiem, że wielu z was chciałoby być jednostkami lubianymi, poważanymi, otoczonymi wianuszkiem wiernych słuchaczy i wyznawców, ale mało któremu to wychodzi. Dlatego dziś pierwsza (i być może ostatnia, bo jak każdy normalny człowiek muszę jeszcze zarobić na utrzymanie, a nie cały dzień hodować jaskrę i garba przed monitorem) część lekcji fajności. Notujcie pilnie.

Powyższy obrazek prezentuje pewien wzorzec metra z Sevres, absolut zajebistości. Przeanalizujmy, co tam widzimy:

  • Ninja. Czyste apogeum fajności. Nie było, nie ma i nie będzie nikogo, kto przebije wojownika cienia w dowolnej sytuacji. Kropka. Radzę też zwrócić uwagę na Shinobi z gitarą- to już jest metapoziom nie do ogarnięcia dla prostego, ludzkiego umysłu.
  • Dinozaury. Najlepiej uzbrojone i niebezpieczne. Każdy lubi dinozaury i jest w stanie wymienić chociaż trzy gatunki, po tym, jak najbogatszy żyd w Hollywood nakręcił hit kinowy, w którym nie chodziło o nic innego, jak o udowodnienie zajebistości prehistorycznych gadów.
  • Wielkie spluwy. Ostateczny argument w każdej dyskusji, rozwiązujący wszystkie problemy. Atrybut prawdziwych mężczyzn, którzy od czasu rozpowszechnienia się prochu przyspieszali proces ujarzmiania matki natury i szybciej rozwiązywali konflikty (oraz usuwali jednostki słabsze i nieprzystosowane)
  • Ponętne nastolatki w bikini. Tu wyjaśnianie czegokolwiek jest zbędne.

Oczywiście szary, zwyczajny człowieczek może mieć problem z osiągnięciem statusu wojownika Ninja (selekcja twardsza niż do gejowskiego klubu w stolicy), a tym bardziej nie przeistoczy się w dinozaura (jedynym zanotowanym w naturze wyjątkiem od tej reguły są Rolling Stones). Bycie ponętną nastką w bikini także raczej nie wchodzi w grę. Co więc zostaje takiemu zwyczajnemu, acz ambitnemu i aspirującemu wysoko szarakowi?Wielu próbuje własnymi metodami, niestety, bez proper guidance ze strony kogoś, kto się na tym zna, wysiłki takie można o kant dupy potłuc. Przygotujcie długopisy, bo będzie co notować.

Po pierwsze- prezencja. Rzecz oczywista- nie można być fajnym, jeśli wygląda się jak efekt bliskiej zażyłości syberyjskiego drwala z jenotem. Ludzi niefajnych nie stać na operację plastyczne, więc jeśli, niestety, jest się dzieckiem zrodzonym z takowego związku, nie ma już ratunku i nawet markowy ciuch nie pomoże, a poczucie humoru, uczciwość, oddanie, szczerość tudzież ciekawe zainteresowania, jeśli sie takowe posiada, zdadzą się na nic, bo bajki o bogatym wnętrzu można sprzedawać smutnym kurom domowym po sześciu ciążach, z cyckami na wysokości pępka.
Jednak jeśli nie jest z nami aż tak źle, ale wciąż uważają nas za zadżumionego, w grę mogą wchodzić dwie kwestie: odzienie oraz higiena.

 

 

*Ubiór- Jesteś dorosły, a mama wciąż kupuje ci ubrania? Nosisz rzeczy po starszym bracie? Chodzisz w sztruksach? Cóż- masz przejebane. Czas pozbyć się ulubionego wełnianego swetra, flanelowej koszuli w kratę i tiszerta Metalliki, pójść do normalnego sklepu i kupić sobie porządne, schludne ciuchy. Oczywiście nie należy przedobrzyć, bo wyglądać się wtedy będzie jak trzy czwarte studentów- apaszki, arafatki, ciasne dżinsy gilotynujące mosznę, koszulki z bełkotliwymi hasełkami i jakiekolwiek pedalskie dodatki w rodzaju koralików, siateczek, rzemyków i onucy (czy jak to się teraz modnie zowie-nadgarstki alias frotki) narażą cię tylko na śmieszność, choć znajdziesz posłuch i poważanie wśród żaków, ale każdy normalny człowiek otwarcie cię wyśmieje. Wystrzegać też należy się chujowych ozdóbek ciała, w szczególności tatuaży z chińskimi znaczkami alfabetu, których nawet się nie rozumie ( i tak oznaczają zapewne “Kurczak w cieście z warzywami”, a nie “wolność” czy inne wyświechtane pierdoły, w które i tak nikt nie wierzy) oraz nadmiernej ilości piercingów wszelakich (bo, po pierwsze oślepiają naszego rozmówcę, gdy słońce jest w zenicie, po drugie zablokujecie kolejkę do wykrywacza metalu na lotnisku, a po trzecie, w większości wypadków, miast zdobić- szpecą okrutnie).

Najprostszym rozwiązaniem są znane i sprawdzone pomysły, bez ekstrawagancji- zwykłe dżinsy, normalne bojówki, trampki, koszula bądź tiszert (bez żadnych gównianych agitek na przedzie, powtarzam po raz ostatni), luźno, łatwo i przyjemnie. Ale bez zbędnej wsi i żenady.

 

 

 

 

*Higiena- Podstawą, co powinno być oczywiste, jest mycie zębów, o czym jakoś dziwnym trafem, zapomina większość. Zeżre taki kebaba czy jakieś cebulowo-czosnkowe specjały z dworcowej budki i nawet jakiegoś odświeżacza w postaci gumy do żucia nie chapnie, tylko jebie w promieniu dziesięciu metrów nawet, gdy ust nie otwiera. Rozumiem jeszcze stare baby w paltach i jesionkach, które, nie dość, że swoje czterdziestoletnie ciuchy kąpią codziennie w naftalinie, to, gdy tylko temperatura spadnie poniżej piętnastu stopni, zaczynają, dla zdrowia, wpieprzać ząbki czosnku mieszane ze śledziami, co jest niewątpliwą atrakcją podczas podróży miejską komunikacją. Tyle, ze taki stan rzeczy można zwalić na podeszły wiek i demencję. Natomiast człowiek dwudziestoparoletni, którego jama ustna jest zapisana w Konwencji Genewskiej jako zakazana broń masowej zagłady, powoduje, że moja wiara w młode pokolenie umiera w straszliwych męczarniach.

Inną zasadniczą kwestią, także dotyczącą zmysłu powonienia, jest tak prosta czynność, jak kąpiel. Wiem, że w niektórych domach pozostała tradycja, gdy w sobotę cała rodzina celebruje ablucje i wchodzi do wanny do jednej czwartej zapełnionej wodą po kolei, zgodnie z zasadą starszeństwa, ale do chuja, nie mieszkamy w Afryce, gdzie o studnię na środku pustyni mordują się czternastoletnie czarnuchy. Nawet szybki prysznic z rana i uprane majtki dodadzą nam punkty do fajności, choć może to przerastać możliwości tych co bardziej opornych. Do tego dochodzi jeszcze kwestia doboru przyodziewku do warunków atmosferycznych- wbicie się w czarne ciuchy przy temperaturach tropikalnych zamienia człowieka w mokrą szmatę do podłogi.

Ważna zasada numer trzy to fryzura. Mężczyzna nie powinien się nosić za długo, bo raz, że to wyszło z mody w latach siedemdziesiątych, a dwa- utrzymanie w czystości włosów do pasa wiąże się z takim wysiłkiem, ze niektórym po prostu odechciewa się dbać o nie w ogóle, dzięki czemu zaoszczędzają na maśle i oleju do smażenia, ale pozostawiają tłuste plamy w najbliższym otoczeniu. Poza tym posiadacz pióropusza nieustannie linieje niczym pies na wiosnę, przez co trzeba rozkładać pokrowce na kanapy w salonie i siedzenia w samochodzie.

 

 

Na dziś to tyle, wkrótce - część druga, w której poruszymy, szanowni słuchacze, tak ważne zagadnienia jak: beznadziejne zainteresowania, chujowe hobby, braki w elokwencji i kulturze oraz, last, but not least, obyczaje kulinarne. Stay tuned.

 

 

 

 




Ninja counter

  • 17,532 hits

Why is Dr. Ninja awesome?

The answer is clear. Cause I'm a Ninja. Not some fucking pirate.

Being a Ninja is not easy, as you all may know. It takes effort, hard work and lots of pain to become one, only few manage to pass the Trials of Awesomness. And note, that a shinobi with a science degree isn't something common.

So you better listen to my advices, cause I'm probably smarter, better educated and most notably- more awesome than you'll ever be.