Archiwum kategorii 'The meaning of life'

11
sie
08

Kolor pistacjowy nie istnieje

Idziemy na zakupy, by nabyć niebieską koszulkę, czarne skarpetki, czerwony marker i zieloną farbę do ścian.  Twierdzicie, że to proste zadanie? Nic bardziej mylnego. Nie dostaniecie zwykłego niebieskiego tiszerta, znajdziecie go za to w kolorze akwamaryny, paryskiego błękitu, chabru a nawet (uwaga, to jeden z moich ulubionych ) lapis-lazuli. Skarpetki nie będą po prostu czarne, za to uśmiechnięta ekspedientka zaproponuje wam grafit, antracyt, węgiel lub marengo. Dorwanie  czerwonego markera tez może nastręczać trudności, bo za każdym razem, gdy wybieram się na wycieczkę po sklepach, zaczyna mnie przerażać fakt, że tylko ja słyszałem o takim kolorze jak czerwień, podczas gdy reszta świata posługuje się pisakami o barwie rubinowej, koralowej, burguda lub bordo. Jeśli zaś najdzie mnie ochota na zieloną ścianę, mam dokumentnie przejebane, bo “zieleń” nie figuruje w katalogach Dekoralu, w zamian oferuje się klientom odcień pistacjowy, malachitowy, seledynowy czy (kolejny z moich faworytów) weroński.

Wyjaśnijmy coś sobie- kolory dzielą się na jasne, ciemne, oczojebne oraz mieszane (tudzież “wpadające w…”). Kobiety zapewne poczują teraz swą wyższość nad mężczyznami, ale nie mają ku temu powodów. Dlaczego? Dyskutując o różnorakich barwach i wykładając swoje racje, zrobiłem mały eksperyment z pomocą google i naszły mnie dwie refleksje- ludzie używający “pistacji” zamiast “jasnej zieleni” są najwyraźniej ślepi, a przy okazji spora część z nich nie potrafi się zdecydować, jaki kolor ma pieprzona pistacja.

Dowód? Po wpisaniu “pistacjowy” w imperialistyczną wyszukiwarkę, znalazłem becik…

…oraz koszulkę (tak, na zdjęciu znajdują się również cycki, lecz tym razem nie są one przedmiotem dyskusji):

Natomiast po wyszukaniu “jasny zielony” odnalazłem taki oto kolor:

Zaraz zaraz, czyżby to oznaczało, że “jasny zielony” i “pistacjowy” to w zasadzie to samo? Oczywiście, widać (drobną) różnicę, ale można to wyjaśnić tym prostym faktem, że (jeśli brać pod uwagę wyniki wyszukiwania w googlu i zwyczajną gadkę ze znajomymi) ludzie używają takiego określenia na wszystko, co jest “jasne” i “zielone”.

Przykład? “pistacjowy brokat” z Allegro:

Różni się od poprzednich? Znacznie. Pomimo tego, osobnik wystawiający przedmiot, określa ów jasnozielony pyłek “pistacją”.

A co powiecie na pistacjowy czajnik?

Można dostać oczopląsu. Także różni się od powyższych przykładów, ale wciąż sprzedawcy tego powodującego ślepotę sprzętu AGD chodzi o prostą, jasnozieloną barwę, którą kamufluje się jako tę nieszczęsną pistację.

Idźmy dalej. Tym razem zajmiemy się “ciemnym czerwonym”.  Oto, co wyskakuje w googlu:

Teraz wpiszmy “bordo” i naszym zmęczonym od tej feerii barw oczom ukazują się spodnie:

A co znajdziemy pod hasłem “burgund”? Polar:

Chwileczkę, cóż to? TEN SAM sklep internetowy ( check it: http://www.promoshop.pl/index.php ) w swym katalogu posiada również “burgundową” bluzę, która wygląda tak:

Uno momento, czy mi się tylko wydaje, czy też ktoś tu nie potrafi się zdecydować, jakiego koloru jest odzież, którą sprzedaje? Czy to czasem nie jest purpura? A może fokstrot? Uwaga, pro tip od wojownika Ninja- wszystkie powyższe ciuchy są ciemnoczerwone. Oczywiście, mają odmienne odcienie, daltonista też to spostrzeże. Ale wystarczy napisać “ciemna czerwień” i WSZYSCY zrozumieją. W końcu mają zdjęcie, widzą ciemnoczerwony produkt.

“Ale panie doktorze, przecież jeśli ktoś użyje prostego sformułowania zamiast wyszukanej nazwy, nie odda w pełni o jaki kolor mu chodzi!”- zakrzykną zapewne miłośnicy paryskich butików oraz spora część kobiet. Przyjrzyjcie się jeszcze raz powyższym przykładom. Nawet w obrębie jednej, fikuśnej nazwy zauważa się mniejsze lub większe sprzeczności. Jako orędownik prostoty i zwolennik konkretów proponuję, byście zaprzestali pierdolić głupoty. Gdy wchodzicie do sklepu, wiecie, że chcecie sobie kupić żółtą kieckę. Może być ona jaśniejsza bądź ciemniejsza, ale wciąż pozostanie ŻÓŁTA. To nie jest kanarkowy. Nie, to żaden chamois. Ani ochra. To po prostu ŻÓŁTY. Możliwe, że sprany, możliwe, że intensywny, ale nigdy nie stanie się wyjątkowy i niepowtarzalny, nadal będzie ŻÓŁTY, do kurwy nędzy. Zapewne dla projektanta mody  pokaźny stolec, który zostawia w toalecie po imprezie z okazji prezentacji nowej kolekcji, jest w kolorze mahoniu, spiżu, palonej sjeny lub cynamonu, ale jakby nie nazwał barwy swoich fekaliów, nie sprawi, że przestaną być BRĄZOWE. Chyba, że catering zafunduje mu na przyjęciu nieświeże małże.

I jeszcze jedna, ważna rzecz, którą warto wziąć pod rozwagę. Podżeracie sobie pistacje (tak, wiem, powtarzam się, cóż poradzę, że uwielbiam ten prosty przykład?) z torebki. Przyjrzyjcie się im i zastanówcie, czy ktoś o zdrowych zmysłach powie, ze pistacja ma kolor “pistacjowy”? Gdy kupujecie sobie na czarnym rynku figurkę Zulusa z kości słoniowej, jakiej jest barwy? “Kości słoniowej”? Nawet buddyjscy mnisi by się pochlastali, napotykając na swej drodze takie masło maślane. Pistacje są jasnozielone. Kość słoniowa jest biało-żółta. Świat będzie szczęśliwszym miejscem, jeśli, tak jak ja, będziecie hołubić prostotę.

———
Tekst inspirowany rozmową z dwoma słuchaczkami wykładów. Któż inny, jeśli nie kobiety, mógł mnie skłonić do poświęcenia takiej ilości miejsca tak banalnemu tematowi?

12
lip
08

W trosce o zdrowie i dobre samopoczucie społeczeństwa…

…proponuję wprowadzić w naszym przecudownym kraju całkowity zakaz spożywania alkoholu. W końcu jest on odpowiedzialny za śmierć setek, jeśli nie tysięcy osób. CODZIENNIE. Samochody prowadzone przez pijanych kierowców, zbierające ponure żniwo, to największy problem polskich dróg.  Nie zapominajmy o ogromnej masie przestępstw, popełnianych pod wpływem trunków wszelakich. No i doliczmy do tego także dramaty milionów (nie, to nie pomyłka) rodzin, w których główną przyczyną rozkładu i tragedii jest pół litra kupione za nędzną wypłatę. Alkohol to najpoważniejsze źródło degrengolady życia społecznego, dlatego wszystko, co ma powyżej 0,1%  mocy obalającej, powinno się objąć całkowitym embargiem. Wliczając w to dezodoranty i płyny do spryskiwaczy.

By zapewnić naszym kochanym obywatelom jeszcze większy komfort, postuluję także za absolutnym zakazem poruszania się po Polsce pojazdów napędzanych silnikiem spalinowym.  Nie tylko starych Jelczy i Ikarusów, wożących poranną porą masy ludu pracującego miast i wsi bądź rozklekotanych, dwudziestoletnich Volkswagenów kupionych za trzy ojro na szrocie pod Berlinem, lecz wszystkich samochodów razem wziętych- niezależnie od jakości katalizatorów i różnorakich technologicznych czarów odczynianych nad jednostkami napędowymi w nowszych modelach, syf wypluwany codziennie z rur wydechowych niszczy środowisko i płuca zwykłych przechodniów, którzy nie chcą być przecież truci i mają dość smrodu, prawda? Nie zapominajmy też o tym, że każdy wóz to potencjalne narzędzie mordu, wystarczy tylko, by jego kierowca nie posiadał umiejętności, wyobraźni bądź najebał się w sztok na imprezie u szwagra. Stąd też mój wniosek o całkowite i bezapelacyjne pozbycie się tych mechanicznych zabójców z naszych nadwiślańskich ziem, w końcu chodzi o dobro nas wszystkich.

Idąc dalej tym tropem i myśląc wyłącznie o tym, by nam wszystkim żyło się lepiej i dostatniej, oraz, przede wszystkim, zdrowiej, wnoszę o usunięcie ze sklepowych półek czerwonego mięsa, czipsów, napojów gazowanych i wszelkiej żywności zawierającej emulgatory oraz inne dodatki chemiczne. Proszę też o kontrolowanie jadłospisu wszystkich obywateli, bo sami są za głupi i nie poradzą sobie z odpowiednią dietą. Dlatego by uchronić ich przed wysokim poziomem cholesterolu, otyłością tudzież innymi schorzeniami związanymi z niezdrowym odżywianiem, powinno się karać wysoką grzywną pochłanianie potraw zbyt tłustych bądź też w inny sposób szkodliwych dla ludzkiego organizmu.

Mam kolejny pomysł, którego realizacja naprawi dotychczas popełniane przez ludzi błędy. Należy zakazać filmów, książek, muzyki oraz gier komputerowych szerzących przemoc i zepsucie. W końcu nasze społeczeństwo nie wie, co dla niego dobre, dlatego powinno się mu wskazać najlepsze wzorce, zaś te nieodpowiednie i choćby w najmniejszym stopniu zagrażające psychice dzieła wycofać z obiegu.

Nie mogę też nie wspomnieć o kolejnym wspaniałym zakazie, który zmniejszy ryzyko śmierci podatnika. Sporty ekstremalne, grożące urazami ciała, nie moga być dłużej tolerowane. Ileż pieniędzy oszczędzi się rocznie w budżecie zdrowotnym, jesli choć po części zmniejszy się odsetek złamań, zwichnięć i poważniejszych uszkodzeń?

Oczywiście napomknę też o własności prywatnej oraz indywidualnych inicjatywach gospodarczych- nie wiodą przecież do niczego dobrego. Jakim prawem jeden człowiek może prowadzić własny dochodowy biznes i zarabiać pieniądze, podczas gdy drugi przymiera głodem? Czysta społeczna niesprawiedliwość! Do tego, o zgrozo, tenże właściciel restauracji, baru, sklepu czy też jakiegokolwiek innego kapitalistycznego przybytku, śmie ustalać samemu, co wolno robić jego klientom i może dyktować takie ceny za usługi, jakie mu odpowiadają! To się nie godzi, przecież on nie odróżnia dobra od zła i gotów jest wprowadzić na swym terenie  zasady, które być może uderzą w czyjeś wartości moralne bądź zaszkodzą czyjemuś uświęconemu zdrowiu fizycznemu i psychicznemu!

Można by tak mnożyć przykłady nowych, lepszych praw, które wypadałoby wprowadzić. W końcu lud nasz ciemny jest i nie poradzi sobie bez przewodnictwa światłych umysłów. Społczeństwo samo o siebie nie zadba, więc wszelkie głosy sprzeciwu i powoływanie się niektórych krnąbrnych mieszkańców kraju na zdroworozsądkowe myślenie trzeba ingorować. Jakiekolwiek ustępstwa nie mają racji bytu, jeśli czegoś zakazać, to całkowicie, nie zostawiając pola manewru spekulantom i cwaniakom, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli, w pełni swiadomie, robią sobie krzywdę. Skoro można zakazać palenia, czemu tylko na tym poprzestawać? W końcu hasła przyświecające miłościwie nam panującym to przecież “troska”, “zdrowie” oraz “dobro wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej”.

——–

Side note 12.08.2008- Biorąc pod uwagę niektóre mejle i komentarze, które pojawiły się po publikacji tego artykułu, postanowiłem założyć fundusz pomocy ludziom pozbawionym wyczucia ironii. Pomóżcie im odzyskać podstawową umiejętność wykrywania złośliwości, gdyż bez tego nie przetrwają w Internecie. Ślijcie przelewy na moje konto.
07
lip
08

Ratujmy własne du… znaczy się, wieloryby!

Tak, wiem, obiecałem. Miało być częściej, miało być kilka razy w miesiącu, ale jak zwykle muszę powtarzać, że działalność charytatywna i wykłady nie są nawet w pierwszej setce rzeczy, jakie figurują na mojej liście “things to do”. Jako paskudny pragmatyk, cynik i wojownik, na którego czyhają adwersarze maści wszelakiej, ustalam sobie priorytety według własnych potrzeb, a nie próśb, wymagań i zażaleń osób, których nawet na oczy nie widziałem (i w większości przypadków nigdy oglądać nie chcę). Przepraszać nie będę, możecie marudzić dalej, wiecie, gdzie mam was i wasze smęcenie. A teraz, po tak uroczym wstępie, czas zacząć. Zwyczajowo, od dygresji.

Tym razem  ciężko było mi zacząć pisanie, gdyż nie ma nic lepszego niż grzanie mięśnia pośladkowego i ogólne opierdalanie się w ramach zasłużonego, uświęconego urlopu. Ale irytacja, jaka mnie ogarnęła, okazała się bodźcem silniejszym niż me umiłowanie świętego spokoju. Nie, nie będzie o żadnych Bolkach, nie będzie wykładu o tym, kto z kim wódkę w Magdalence pił i o tym, że niektórzy najchętniej by elektrykowi odebrali Nobla, bo polityką się brzydzę i mam alergię na wszelkie ideologie, niezależnie od tego, czy stoją po mojej lewej, czy prawej stronie (choć rozważania nad tym, czy ci zatroskani o losy kraju wielce oświeceni przeciwnicy wąsatego faktycznie tak pałali do niego nienawiścią w ‘90 i ‘95, że zdradzili własne ideały i głosowali na cwaniaczka od czarnej teczki i komunistę, były by arcyciekawe i nastąpił by pewnie zacny flame war).

Dziś zajmiemy się tematem, który obiecałem już wieki temu i przybliżymy sobie pewną grupę, która, jeśli chodzi o wkurwianie normalnych, zdrowych ludzi, radzi sobie nie gorzej niż turbaniarze obwieszeni trotylem i właściwie się od owych beżowych pojebów zbytnio nie różni. Tak,brawo, ci, którzy posiedli elementarną umiejętność dedukcji wiedzą, że pora na małą rozprawę o ekologach.

Cóż mnie natchnęło do tego, by wreszcie przelać na wirtualny papier swe mądrości (wersja dla zatwardziałych przeciwników, którzy wytrwale ślą hejtmejle- “pierdolenie”)? Światła w samochodach. Dobrze wiecie, o czym mówię- jeden z niewielu przepisów, który w pełni aprobuję i jestem gotów wywiesić w oknie transparent wyrażający poparcie. Wprowadzono go, ku mej radości, po czym postanowiono, po roku, go znieść. Dlaczego? Sądziłem, że pieprzenie jakiegoś zielonego frustrata z marginalnej partii i jego z dupy wyciągnięte statystyki, które przedstawiał w tok.fm (owe radio mogłoby zresztą dostarczyć jeszcze z trzydziestu materiałów na felietony), dotyczące ilości wypadków i zagrożenia dla środowiska, jakie stwarzają głupie żarówki w automobilu,  to li tylko wynurzenia faceta, który w życiu za kółkiem nie siedział i w sumie poza wkurwianiem mej osoby podczas porannego przebijania się przez warszawskie korki, niczym innym to nie grozi. Aż tu po dwóch tygodniach od tamtej pamiętnej wypowiedzi słyszę, że światła mijania to narzędzie szatana i każde ich włączenie powoduje śmierć trzydziestu małych, słodziutkich foczek grenlandzkich, zgon noworodków tuż po porodzie, a przy okazji wywołuje kolejny konflikt zbrojny w Afryce, zatem politycy postanowili zlikwidować prawo, które sami ustanowili. Na domiar złego następnego dnia przeczytałem, że banda młodocianych lewaków w arafatkach już wlewa benzynę do butelek i wyrywa sztachety z płotów, przygotowując się na cywilizowany i pokojowy protest przed kolejnym szczytem G8. Rewekurwalacja, a myślałem, że choć z początkiem wakacji będę mógł sobie odpocząć, lecz oczywiście jak zwykle trzeba będzie wyciągnąć z szafy zakurzony mauser dziadka i wyczyścić ostrze katany.

Zapuśćcie zatem Alter AfroKolektywu, zgrillujcie sobie jakiś kawał soczystego steka do podjadania podczas czytania i połóżcie paczkę fajek w zasięgu ręki, by zrobić odpowiedni klimat (ci co bogatsi mogą jeszcze ostentacyjnie zostawić włączony silnik w swoim aucie, tak w ramach czystej, skurwysyńskiej złośliwości). Notesy wyjąć, długopisy ująć w dłonie i zapisywać, przyda wam się.

Zacznijmy może od kluczowego dla dzisiejszej lekcji pojęcia- hipokryzji. Zieloni, jak nikt inny, uczynili z giętkich, nieścisłych moralnych zasad prawdziwą sztukę, są najlepszymi fachowcami w okłamywaniu innych i (przede wszystkim) samych siebie. Logika i racjonalność są ekologowi zupełnie obce, zaś uciekanie się do freudowskiego wyparcia i zaprzeczenia oraz atakowanie tego, z czego samemu czerpie się na codzień korzyści  to modus operandi każdego szanującego się bojownika zielonej gwardii. Antyglo… o, przepraszam- ALTERglobaliści wszelkiego autoramentu z wielką chęcią obrzucą kamieniami paskudną, zagrażającą swymi fabrykami naturze siedzibę Nokii, wcześniej ustalając szczegóły ataku przy pomocy komórek. Nabluzgają na trującą okolicę wytwórnię chipów Intela i będą psioczyć na ekspansję szatańskiego Microsoftu na forum internetowym. Popłyną pokrzyczeć na pracowników platformy wiertniczej statkiem żrącym ropę jak statystyczny Amerykanin burgery. O tym, że należy chronić lasy równikowe poinformują nas za pomocą ulotek, których wydrukowanie pochłonęło hektar Amazonii. Na akcję oblewania farbą kobiet w futrach przywdzieją skórzane glany, pasujące do swego standard attire składającego się z obowiązkowej koszulki z El Commendante. Tych młodszych na marsz  przeciw Shellowi czy BP podrzuci tatuś jadący rano wielkim SUVem do swojej korporacji, ci starsi i bogatsi kupią sobie jako środek transportu Toyotę Prius, zapominając oczywiście, że wyprodukowanie tego wozu wymagało zachwiania równowagi ekologicznej w promieniu kilku kilometrów od taśmy montażowej.

Dla podania obrazowego i bardzo dosadnego przykładu- pewnie kilkoro z was kojarzy miałki manifest anarcho-ekologiczny autorstwa Ryszarda Dąbrowskiego. Tak, mowa o komiksie Likwidator. Twórca zdaje się nie zauważać, że wykreowany przez niego heros w kominiarce w walce o czystość środowiska wykorzystuje broń palną, której wytworzenie pochłania niezliczone ilości surowców naturalnych i jeździ chopperem napędzanym spalinowym silnikiem o znacznej pojemności. Czy muszę wspominać, że  na wydrukowanie teoretycznie promującej ochronę natury popierdółki trzeba  wyciąć kilka drzew czy też o tym, że za napisanie i narysowanie historyjek, w których Likwidator strzela do kapitalistów samozwańczy anarchista Dąbrowski bierze pieniądze? Podobne rozchwianie ideologiczne to standard wśród reszty wyznawców Greenpeace’u.

Ale hipokryzja nie ogranicza się w tym wypadku tylko do takich prostych sprzeczności. Bardziej powinny przeciętnego, trzeźwo myślącego człowieka przerażać pobudki i prawdziwe intencje kierujące wszelkimi ruchami na rzecz chuj wie czego. Przyznajcie się, ile razy daliście się ponieść górnolotnym hasełkom tych pożal się boże synów i córek Gai i dołączyliście do protestu przeciw połowom makreli czy innego śledzia? Pozwólcie, że wam teraz coś uświadomię (niektórzy już mieli okazję załapać się na ten wywód)…

Twierdzicie, że martwią was biedne Pandy w Chinach? Że bolą was strasznie odwierty ropy w Arktyce? Czemu to ach czemu? Bo chcecie, by trawa była zielona, powietrze czyste, a morza przejrzyste? Nie- boicie się o własne dupy. Dlatego przestańcie pierdolić, że obchodzi was stara dobra matka Ziemia i skończcie z ukrywaniem faktu, że tak naprawdę nie jesteście żadnymi świętymi altruistami. Kieruje wami czysty egoizm, naturalna wola przetrwania. Nie chcecie ratować niczego innego poza własnymi gonadami. Nie robicie tego dla dobra ogółu- robicie to dla samych siebie. Zwierzęta przewidują nadchodzące zagrożenie i spierdalają jak najdalej, gdy tylko wyczują swymi zmysłami tsunami, tornado czy najazd dzikich Hunów z azjatyckich stepów. Los pobratymców oraz obszaru bytowania zagrożonego katastrofą nie ma dla nich znaczenia, po prostu obierają kierunek odwrotny do nadchodzącej zagłady i wieją, tratując się nawzajem. Wy robicie to samo, ale jako że macie przeciwstawny kciuk i jesteście odrobinę mądrzejsi od psa (choć co do tego mógłbym mieć czasami wątpliwości), umiejętnie kamuflujecie swą panikę i prawdziwe motywy farmazonami o powszechnej szczęśliwości i wspaniałomyślności waszych działań. Przykro mi was poinformować, ale natura sobie poradzi bez waszej pomocy. Okres panowania ludzkości, kilkadziesiąt tysięcy lat wałęsania się człowieka po tym łez padole to zaledwie bezgłośne, mało śmierdzące pierdnięcie, wobec miliardów lat istnienia tej planety nie znaczy nic. Podświadomie zdajecie sobie sprawę, że to nie niebieską kulę orbitującą wokół gorącej gwiazdy chuj strzeli. Ona będzie tak sobie krążyć przez kolejne tysiąclecia, póki słońce nie stwierdzi, że ma dość i zrobi z Ziemi dobrze przypieczonego tosta.  To was rozdziobią kruki i wrony, z tego powodu sracie po gaciach i rzucacie się do szalup ratunkowych, a wszyscy wiemy, że zawsze jest ich za mało. Uświadomcie to sobie, nie ubierajcie swego strachu w piękne słówka. I odpierdolcie się od moich reflektorów w samochodzie, i tak wiem, ze nie dożyję starości, ale wolałbym zaliczyć zgon w trakcie bohaterskiej walki z głupotą, niż zginąć przez jakiegoś pojebanego wannabe-Kubicę, bo kazaliście mu wyłączyć światła, przez co stał się praktycznie niewidzialny na zalesionej trasie (a takich u nas pod dostatkiem) lub niespodziewanie wyskoczył mi przed maską, tnąc zakręt. Jesteście skurwiałymi, tchórzliwymi terrorystami, nie wiecie nawet, o co walczycie, weźcie się w końcu do normalnej roboty, zapewnijcie swym rodzinom godziwe warunki życia, podnoście PKB i popracujcie nad dodatnim przyrostem naturalnym, miast utrudniać życie zdrowym obywatelom i mówić im co dobre, a co złe.

———–

Tekst sponsorowany przez koncern tytoniowy, producenta napoju energetycznego oraz Faith No More grające w tle. Wszelkie hejtmejle (na które kiedyś w końcu odpowiem) kierować na dr.ninja@o2.pl (o ile ktoś jeszcze tego nie wie).

08
mar
08

Jak być dobrym klientem?

Jak na swój wystarczająco młody wiek (starości przy moim trybie życia raczej nie dożyję), mam całkiem imponującą liczbę wykonywanych zawodów w CV, w tym jeden, który, mimo, że dawał mi sporo swobody i radochy, równocześnie był wybitnie wkurwiający ze względu na to, że była to branża usługowa o bardzo wąskiej specjalizacji, a co za tym idzie- poza promilem osób normalnych i komunikatywnych, trafiało się w większości na ułomną nieletnią dziatwę i rzekomo dojrzałych ludzi o inteligencji i aparycji glonojada. Pół biedy, gdyby była to wyłącznie komunikacja via Internet, która była częścią owej roboty. Niestety, należało rozmawiać z wiecznie marudzącymi kretynami również face to face.

Praca w owych usługach (które są podstawą każdej kapitalistycznej gospodarki) ma swoje niezaprzeczalne zalety. Pod warunkiem, ze jest się odpornym na idiotów, a ja niestety cierpię na brak jakiejkolwiek tolerancji na pierdolenie głupot. Problem w tym, że harując w tej gałęzi handlu, trzeba znosić największych pokurwieńców, jakich natura na świat wydała, jednocześnie zachowując zimną krew i posiadając szeroki uśmiech na gębie. Pieprzone “Nasz klient, nasz pan”.
Jeśli nie będziemy mili i sympatyczni, nawet dla pojeba zza lady, który nie mył się od dwóch tygodni, przed chwilą żarł koreczki śledziowe w occie i pyta po raz trzydziesty w tym miesiącu o to samo, nadmieniony delikwent uda się do konkurencji (oraz poleci zrobić to samo swoim równie paskudnym i irytującym kumplom, choćby byli to tylko internetowi towarzysze umilający mu czas dyskusjami na forach internetowych w przerwach pomiędzy kolejnymi masturbacjami) i szefostwo potrąci nam to z premii, gdy wyliczy spadek dochodów, a jedzenia, paliwa, ciuchów oraz drobnych uszczęśliwiaczy za darmo nikt nie rozdaje. Szczególnie zaboli to, gdy ktoś nie toleruje kartofli ze smalcem i lubuje się w rzeczach z nieco wyższej półki (czemu te jakże zajebiste beef jerky i red bull muszą mnie tyle kosztować?), porusza się po mieście klimatyzowanym wozem, nie nosi swetrów po dziadku, a dodatkowo ma nałóg nikotynowy, lubi wypić i pójść do kina raz czy dwa w tygodniu.

Na szczęście to już za mną, od stycznia jestem kowalem swego losu, freelancerem pracującym we własnym, ciepłym domu, na zlecenie, z giętkim, łatwym do modyfikacji terminarzem zajęć i z umiejętnościami na tyle przydatnymi i cenionymi, że to nie ja szukam kolejnych pracodawców, ale pracodawcy szukają mnie. Jak się chwalić, to po całości. Lecz dość o moim kolejnym sukcesie odniesionym wbrew przewidywaniom przeciwników, wbrew utartym wzorcom, że tylko wyższe wykształcenie pozwala na godziwe zarobki (stopień doktorski otrzymałem honorowo od międzynarodowej kapituły, nie zaś dzięki zasadzie “trzech Z”) i na złość tym wszystkim smutnym studenciakom, którzy po pięciu latach zakuwania zupełnych bzdetów nie mają wystarczającej ilości praktycznego doświadczenia, by zatrudniono ich choćby do rozwożenia palet z proszkami do prania w Biedronce (to zresztą temat do poruszenia przy innej okazji). Let’s get back to the business.

Przypomnijcie sobie, szanowni wymagający klienci, ileż to razy marudziliście na niemiłą panią ze spożywczego na rogu. Jak wielokrotnie rzucaliście kurwami po odejściu od kioskowego okienka, bo akurat skończył się przed pięcioma minutami Przegląd Sportowy, albo że sprzedawca nie ma wam jak wydać dwóch stów, które wykładacie na tackę, gdy kupujecie paczkę cudownych gum wybielających zęby, odświeżających oddech i sprawiających, że penis wam urośnie, a pryszcze znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (przynajmniej tak mówili w reklamie) i to wszystko za jedyne trzy pięćdziesiąt .

A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście po drugiej strony barykady. Że nie jesteście kutafonem, który uważa, iż wszystko mu się należy, tylko niewinnym wyrobnikiem obsługującym kasę, na którym zwykle wyładowywaliście swe frustracje, przez co on wyładuje swoje własne na następnym kliencie, dzięki czemu kółeczko wzajemnej nienawiści się zamknie i toczyć się będzie, aż w końcu cały świat imploduje pod wpływem nagromadzonego wewnątrz nas wszystkich wkurwienia.

Jeśli trudno wam wyimaginować, ze musielibyście znosić ludzi równie denerwujących jak wy sami, pozwólcie, że pomogę, bo w końcu od tego tutaj jestem. Notujcie pilnie, a być może kiedyś dzięki temu nie dojdzie do naszej samozagłady, zaś gdy powitacie kolejnego napotkanego peona zapierdalającego na kasie uśmiechem, on odpowie wam tym samym, nie zaś grymasem obrzydzenia, skrywanym pod fałszywym płaszczykiem uprzejmości.

W jaki sposób być dobrym klientem? Oto proste zasady, które ułatwią życie zarówno wam, jak i tym, którzy mają za zadanie dostarczyć wam to, czego chcecie.

  • Czytaj pieprzone szyldy i karteczki na drzwiach. Jeśli nad wejściem do danego przybytku usługowego wisi tablica informująca o tym, iż za chwilę wkroczysz do sklepu z elektroniką, nie pytaj przy kasie o pokrowce na siedzenia do swojego Poloneza. W modelarskim nie posiadają akcesoriów do zabaw Sado-Maso, a w księgarni nie sprzedają biletów autobusowych. Dziwnym trafem jednak naród nasz tak bardzo pogrążył się w analfabetyzmie, że nawet z przetworzeniem informacji wiszącej tuż przed jego oczami ma spore problemy. Napisaliśmy, że zamknięte, to ZAMKNIĘTE, nie ciągnij jak idiota za klamkę, nie stanie się cud i drzwi się nie otworzą. Wywiesiliśmy tekst napisany czcionką rozmiaru 72 dotyczący braku jakiegoś towaru, więc nie pytaj o niego, do jasnej cholery. I nie, u nas nie kupisz nici dentystycznej. Wiem, że w Misiu w kiosku sprzedawali mięso, ale do niektórych to może jeszcze nie dotarło- to był tylko żart, nie nabędziecie tam wątróbki . Z kumplami stworzyliśmy specjalną listę, na której spisywaliśmy co ciekawsze zapytania i żądania klienteli. Dość powiedzieć, że geniusze chcący kupić w księgarni szybkowary, futra i odtwarzacze video nie byli najdziwniejszymi z przypadków. Mówię serio.
  • Mamy w dupie twoje życie osobiste i twoje poglądy. Sklep to nie poradnia psychologiczna. To, że pojawiasz się tam regularnie, bo, dajmy na to, masz po drodze z pracy lub mieszkasz blisko, nie czyni cię automatycznie przyjacielem osoby stojącej za ladą, nie będzie twoim powiernikiem, jeśli sama o tym nie zadecyduje i nie uzna, ze jesteś materiałem na kogoś więcej, niż na kolejnego patafiana, który zapewnia jej robotę. Urocza, krótka rozmowa, tzw. small talk o pierdołach, powinien być, zgodnie z nazwą treściwy, szybki i prosty. To znaczy: Dwie minuty gadki o recesji rynkowej, o zbliżających się nowościach, lub na przykład małe napomknięcie o wczorajszym meczu ligowym- tak, nie ma sprawy, chętnie zamienię słowo. Półgodzinna mentalna tortura sprzedawcy opowieścią, jak sie ostatnio chlało z ziomalami lub o tym, że rzuciła cię kobieta- stanowcze nie, mam to gdzieś, przestałem cię słuchać po drugim zdaniu i odpłynąłem na chwilę do krainy wiecznej szczęśliwości, wytworzonej w mym umyśle, by zagłuszyć twoje pieprzenie. Próba nawiązania jakiejkolwiek dyskusji o polityce- wypierdalaj i nie wracaj, nie obchodzi mnie, ze stracę pracę i grozi mi prokurator, satysfakcji ze zbluzgania cię i wepchnięcia pod ciężarówkę nikt mi nie odbierze.
  • Higiena osobista i wygląd zewnętrzny na odpowiednim poziomie są niezbędne, by wejść do sklepu. Powtarzam to po raz bodaj dziesiąty w swoich wykładach, ale ostrożności i napominania (czy też raczej- błagania) o mycie się nigdy za wiele. Naprawdę utrudniasz komunikację interpersonalną, jeśli muchy uciekają od twojego smrodu, a na tłuszczu z twych włosów można usmażyć kilogram frytek. Sprzedawca podaje ci towar czystymi rękami (jeśli tak nie jest, zgłoś to do jego szefa, masz pełne prawo), ale jak ma przyjąć wymiętolone w twoich spoconych, syfiastych dłoniach dziesięć złotych bez narażania się na zarażenie jakimś kurewstwem, przez które nabawi się bezpłodności, hiszpańskiej grypy i sepsy jednocześnie?
  • Nie pluj jadem. O ile sam sprzedawca pierwszy nie zapałał do ciebie wyraźną wrogością i nie wyskoczył do ciebie z mordą, nie powinieneś i nie jesteś upoważniony do werbalnego wylewania mu na głowę wiadra pomyj. Agresja w niczym ci nie pomoże, nie sprawi, że nagle w powietrzu zmaterializuje się upragniony przez ciebie produkt, ani tym bardziej nie spowoduje, że człowiek, którego jesteś klientem, sprowadzi ci go szybciej lub przypomni sobie o jednym, ostatnim egzemplarzu na zapleczu.
  • Noś drobne, bądź tak miły i poszukaj końcówki w portfelu. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo ułatwia to sprawę nie tylko sprzedającemu, który nie musi wydłubywać nic nie wartych miedziaków z dna kasy (których ZAWSZE brakuje, bo przed tobą było dwudziestu innych, płacących Władysławem Jagiełłą za produkt kosztujący złoty dziewięćdziesiąt), ale także tobie, bo szybciej zakończysz transakcję, miast tracić czas na bezproduktywną irytację ze zniecierpliwienia. Ba, również ci, którzy stoją w kolejce za tobą będą bardziej zadowoleni, bo mogą wtedy szybciej przystąpić do płacenia i prędzej cieszyć się nowo poczynionym zakupem. Sprawdź, czy aby nie masz tych durnych dwudziestu groszy, nawet jeśli nie, człowiek zza lady doceni taki niewielki wysiłek z twojej strony. Zapamiętaj, na pobliskiej poczcie i w banku ZAWSZE mają tyle drobniaków, że nie wiedzą co z nimi zrobić, z chęcią wymienią ci twój gruby zwitek banknotów na mniejszy bilon. Jeśli regularnie kupujesz jeden produkt, jego cena nie pójdzie w górę z dnia na dzień, zaś jeśli w końcu się zmieni, na pewno o niezbyt dużą kwotę. Zatem wiesz, że coś jest po trzy złote, więc przygotuj sobie właśnie tyle. Nie dwa, nie cztery, lecz trzy złote będzie sumą, którą uprzednio odliczysz. To zajebiście ważna wskazówka.
  • Nie macaj produktów. Stare żydowskie przysłowie powiada, że towar macany należy do macanta. I nie tyczy się to jedynie produktów spożywczych, ale każdego asortymentu podatnego na uszkodzenia. Możesz sobie obejrzeć daną książkę, pismo czy komiks, przeczytać malutki fragment, by sprawdzić, czy warto daną rzecz kupić. Masz prawo zdjąć film z półki i przyjrzeć się pudełku, zobaczyć opis fabuły, poprosić o pokazanie butelki dobrego bourbonu lub ocenić stan fikuśnego czajniczka z fajansu, by upewnić się, czy aby nie posiada żadnych rys lub obitych ścianek. Ale niech do ciebie dotrze, że dopóki za coś nie zapłaciłeś, nie jest twoje a to, że leży sobie swobodnie na półce, a nie za pancerną szybą, nie oznacza, że ujdzie ci na sucho niecne wykorzystanie tej rzeczy. Jeśli masz dziurawe ręce, cierpisz na Parkinsona albo nie wiesz do tej pory, po co ci przeciwstawny kciuk- nie dotykaj tego cholernego czajniczka ani butelki alkoholu. Nie zdejmuj folii z DVD, by sprawdzić, czy w środku na pewno jest płyta i czy nie jest porysowana, poproś o to sprzedawcę. Oddzielny i najbardziej znienawidzony rodzaj macaczy to empikowi skurwiali smierdziele, należący do gatunku czytaczy, którzy nie przepuszczą żadnej papierowej publikacji i wysmarują ją swoimi paluchami oraz pozaginają strony, a przeczytawszy ją w całości, odstawią nie nadający się już do sprzedaży egzemplarz na półkę. Stoją w mojej hierarchii niżej od islamistów, komarów i pijanych rowerzystów. To rodzaj sępów, korzystających z uprzejmości sprzedawcy i cieszących się czyjąś ciężką pracą za darmochę. Jeśli do takowych należysz, powinieneś zostać związany marynarskim sznurem i wystawiony na widok publiczny z pokaźną marchwią wepchniętą w anusa.
  • Proszę, dziękuję, do widzenia. Czy muszę dodawać coś więcej?

Zapamiętaliście? Oby, bo jak każdy szanujący się obywatel chcę, by wszystkim było miło i wesoło, ale niektórzy wybitnie przeszkadzają w realizacji tego planu, czerpiąc satysfakcję z własnej głupoty.

———————-

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych zdarzeń i osób zamierzone z pełną premedytacją. Ci, którzy odnajdą w tym tekście własne zachowania, powinni zgłosić się dobrowolnie do testowania nowych leków i środków owadobójczych.

24
lis
07

O wychowaniu dzieci słów kilka

 

Dawno temu doszedłem do wniosku, że byłbym dobrym wujkiem albo niezłym pedagogiem, ale nigdy nie chciałbym posiadać własnego potomstwa. Nie tylko dlatego, by zachować swój status “The one and only”, ale też z innego, prostego powodu: patrząc na cudze dzieci mam świadomość, ze to nie ja odpowiadam za błędy w wychowaniu, a mając swoje własne bachory cierpiałbym niewymowne katusze, widząc, co tez wyprawiają z każdym upływającym dniem.

JEŚLI jednak kiedykolwiek zdarzy mi się spłodzić coś, co potem będę musiał odchować, najpierw upewnię się, że (długopisy i kartki wyciągnięte?):

  • posiadam odpowiedni status materialny
  • będę miał wystarczającą ilość czasu
  • potrafię wymusić posłuch i posłuszeństwo

Bo dziecko, szanowna gawiedzi, to nie tylko uśmiechnięte, kwilące niemowlę. To inwestycja zajebiście wysokiego ryzyka. Wolałbym już wyłożyć całe moje oszczędności w grę na giełdzie albo przepuścić w kasynie, wtedy miałbym przynajmniej choć cień szansy, że coś mi się z tej kasy zwróci. W przypadku potomstwa nigdy nie można być pewnym, czy nasz olbrzymi wysiłek będzie miał jakieś pozytywne skutki w przyszłości.

Do zapewnienia własnemu pomiotowi warunków egzystencji potrzebne są pieniądze, masa pieniędzy. I nie mówię tu o zakupie wózka, śpioszków, kołyski, bo to dopiero czubek góry lodowej o rozmiarach porównywalnych z obszarem ZSRR. Dziecko, jako istota pochłaniająca wszelkie możliwe ludzkie zasoby, cały czas wymaga nakładów finansowych, większych, niż amerykańska interwencja w Iraku. Kup to, kup tamto, sramto, owamto, i nagle okazuje się, ze zamiast gówniarza mogliśmy sprawić sobie psa (ten przynajmniej okaże ci czasem wdzięczność), a resztę gotówki przeznaczyć na zakup własnego małego kraju w Ameryce Środkowej (luksusowy jacht, plantacja koki i prywatna armia wliczone w cenę).

Musimy przez lata łożyć na wykształcenie takiego małego potwora, nawet jeśli wyślemy go do szkoły publicznej, a nie do przechowalni bananowej młodzieży, którą ktoś kiedyś błędnie nazwał “prywatną placówką oświatową”. Książki, zeszyty przybory, komitet rodzicielski, wycieczki chuj wie gdzie, służące co najwyżej seksualnej i używkowej eksploracji dzieciarni oraz masa innych bzdetów to pieniądze często wyrzucone w błoto. Głównie dlatego, że dziecię nie jest zbytnio zainteresowane chodzeniem do szkoły i nauką, zaś chęć do zdobywania wiedzy jest odwrotnie proporcjonalna do wieku pacholęcia.

Mało tego, ubrać trzeba jakoś to, co stworzyliśmy. Oczywiście bez ekstrawagancji, żadnej rewii mody, a tym bardziej wbijania w gajerek już od najmłodszych lat, ale mimo wszystko, jakoś się ten nasz owoc jednej pechowej nocy pokazać na ulicy musi, bo wypuszczać go do ludzi czasem trzeba. A przypomnę, że cały czas, aż do zakończenia okresu dojrzewania, bachor wciąż rośnie, co oznacza, że po kilku miesiącach wszystko, co kupiliśmy, możemy oddać na sierotki po górnikach albo przekazać dla powodzian. Dramat.

 

 

 

Zostawmy drażliwy temat finansów i przypatrzmy się dwóm następnym punktom- “czas wolny” oraz “posłuch”. Brak obu prowadzi w prostej linii do bezstresowego wychowania, najgorszej filozofii odchowu potomstwa, jaką mógł stworzyć człowiek. “Kochajcie dzieci swoje”, jak śpiewał niegdyś wieszcz polskiej sceny muzycznej. Ale przez “kochajcie” nikt nie rozumie “Pozwalajcie na wszystko”. Ja wiem, że większość rodziców, żyjąca w gorszych czasach, teraz, w dobie kapitalizmu, chce swoim pociechom (?) okazać miłość przez dobra materialne, ale nikt nie zastąpi porządnego, staroświeckiego wychowania- ani nowy Japod 10 giga z wykurwistym kolorowym wyświetlaczem, ani X-Box w komplecie z telewizorem Full HD.

Ale to pewnie wiedzą wszyscy. Natomiast zaledwie garstka zdaje sobie sprawę, że od szkoły NIE NALEŻY oczekiwać wychowania. To zadanie tylko i wyłącznie dla rodziców, zaś pedagodzy (dobrzy, zaznaczmy) mają jeno nakierowywać pewne procesy myślowe na właściwe tory. To z domu dzieciak powinien wynieść wzorce postępowania, zwyczaje, tradycje i inne kulturowe traity.

Powtórzmy jeszcze raz- szkoła nie jest od wychowania, od tego są rodzice. Możecie obarczać winą kadrę nauczycielską za braki w wiedzy z geografii, ale nie za to, że wasz syn bądź córka zacznie w wieku lat piętnastu topić małe kotki w sadzawce i napierdalać młodsze dzieci na podwórku. To tylko i wyłącznie wasz błąd, wynikający z braku zainteresowania i zwalaniu rodzicielskiego obowiązku na kogoś innego. Skoro wy nie daliście mu odpowiednich wskazówek, jak należy się zachować, zaczerpnie je z innego źródła, które na pewno będzie łatwo dostępne, jednak najmniej odpowiednie.

 

 

 

 

 

Lecz samo poświęcenie czasu na wyłożenie swemu dzieciakowi prawd życiowych nie wystarczy, jeśli ma was w dupie. I tu dochodzimy do sedna sprawy- wymuszeniu posłuszeństwa. Można włożyć miedzy bajki wszelkie pieprzenie na temat “partnerstwa” rodzica i potomka, oraz inne teoryjki, stawiające młodocianego na równi z człowiekiem dorosłym. Wyrzućcie to z głowy, zapomnijcie o takowych bredniach i poznajcie prostą zasadę hierarchii, jaka występuje w naturze.

Nie należę do tych, którzy za młodu byli nakurwiani pasem li tylko dla zaspokojenia ojcowskiego instynktu sadysty, ale gdy widzę jakieś gadające głowy w telewizji, które mówią, że uderzenie dziecka to największa krzywda i zło, jakie można mu wyrządzić, zaczynam się zastanawiać, czy aby owi uznani i wykształceni pedagodzy czasem nie mieli tatusia, który lubił ich tłuc dla przyjemności. Kiedy byłem mały i głupi, kilkakrotnie dostałem po dupie, ale dlatego, ze faktycznie zasłużyłem, i miało mi to wskazać błąd w moim nagannym zachowaniu. Do dziś uważam swego ojca (tak, tego paskudnego degenerata, który ośmielił sie mnie uderzyć, zamiast głaskać po główce i prawić komplementy) za wzór i jestem mu wdzięczny za wszystkie lekcje życia, jakich mi udzielił. Także za te prowadzone z pomocą otwartej dłoni kierowanej z dużą prędkością na me pośladki. Nie wyrosłem przez to ani na kompletnego socjopatę, ani na zahukanego, bojącego się kontaktu z innymi ludźmi pojeba.

Dziś mogę z ojcem wypić piwo, pogadać o dupach i samochodach oraz wymieniać się poglądami na dowolny temat (i się nie zgodzić), ale wciąż mnie to z nim w żaden sposób nie zrównuje, nie jesteśmy na tych samych poziomach- on dalej, jako ten, który obdarzył mnie chromosomem Y, stoi wyżej i mam do niego szacunek oraz słucham go, gdy ma mi coś ważnego do przekazania.

 

To pogrubione słowo radzę sobie wypisać ze trzysta razy na kartce i wbić do głowy, bo większość dzisiejszej gówniarzerii nie posiada go w swym słowniku. Nie dlatego, że nie chce, ale z prozaicznej przyczyny- nikt biednych dzieci tego nie nauczył. Pierdolenie farmazonów i uważanie potomstwa za świętą relikwię, której nie tylko nie można nawet dotknąć palcem, ale też nie należy nań choćby podnieść głosu, prowadzi tylko i wyłącznie do rozpasania i degrengolady. Dzieciak musi wiedzieć, kto jest głową stada i podporządkować się. Dla własnego dobra.

Nie mówimy tu oczywiście o pełnym poddaniu i zdaniu się na łaskę i niełaskę rodziciela, bo to popadanie z jednej skrajności w drugą. Chodzi tylko i wyłącznie o wymuszenie posłuszeństwa, wtedy, gdy to konieczne. Nic mnie tak nie wkurwia, jak widok matki, która nie potrafi zapanować nad mikrym cholerstwem, co biega jak kura po dekapitacji, drze mordę i działa na nerwy z czystej, dziecięcej złośliwości. Albo głupia cipa kiwa głową, bo “dziecko musi się wyszaleć”, albo stwierdza “ja już i tak do niego nie mam siły”. Podpowiedź dla wszystkich myślących w ten sposób- nie nadajecie się na rodziców. Oddajcie potomstwo do ZOO w charakterze pożywki dla krokodyli, a sami chodźcie w kółko i napieprzajcie czymś (najlepiej nieheblowaną deską) w czoło, podśpiewując mantrę “Pie Jesu Domine, Dona Eis Requiem”.

 

 

 

Ja, jeśli już nastałby taki straszliwy czas spłodzenia mini-wojownika Ninja, musiałbym mieć syna. Wiem, że córki nie odchowałbym odpowiednio, bo kobiety stają się problematyczne, gdy tylko nauczą się mówić, a gdy osiągną wiek dojrzewania, jest jeszcze gorzej. Chłopaka natomiast wychowałbym na porządnego, białego człowieka. Bo, jak już zdołałem wcześniej wielokrotnie napomknąć, facet to prosta i twarda konstrukcja i zawsze wiadomo, co mu kupić, w co go ubrać, czego go nauczyć. Instrukcja wychowania zdolnego, błyskotliwego, postawnego, silnego mężczyzny, wzorcowego aryjczyka, poniżej. (Zaznaczam, że cały czas należy uczestniczyć w jego zabawach i pomagać w poznawaniu świata, a nie zostawiać go samemu- poświęcanie jak największej uwagi to podstawa)

 

  • 1 roczek- dać mu do zabawy klocki, by rozwijał swoją wyobraźnię przestrzenną i zapoznał się z podstawami architektury, by w przyszłości mógł wybudować dom. Sukcesywnie zwiększać ilość i różnicować kształt elementów
  • 3 lata- elementarz Falskiego. Obowiązkowo nauczyć czytać i pisać w jak najmłodszym wieku, coby nie wyszedł na debila, gdy pośle się go do szkoły. Ma błyszczeć i dawać przykład mniej zdolnym dzieciakom
  • 4 lata- zakupić kilka resoraków, niech pozna najlepsze marki samochodów i zafascynuje się motoryzacją
  • 6 lat- czas, by młodzian poznał smak wojny- żołnierzyki, diorama pola bitwy, modele samolotów i czołgów do sklejania. Musi rozwinąć swój zmysł taktyczny, w końcu chcemy go wychować co najmniej na drugiego George’a Pattona
  • 7 lat- idzie do podstawówki, należy więc go w coś ubrać. Modnie, lecz schludnie. Przybory szkolne oraz tornister nie z jakimiś durnymi obrazeczkami, ale odpowiednimi wzorami do naśladowania, jak najbardziej wskazane. Na początek może być to Spider-Man albo Ninja, potem, zależnie od tego, w czym nasz chłopak jest dobry, zapoznajemy go z innymi rolemodelami (jeśli jara go fizyka, kupmy mu zeszyt z Einsteinem, niech bierze przykład). Nie możemy zmuszać go jednakże do nauki tego, do czego nie jest stworzony, ale też nie przyjmujmy do wiadomości, że w niczym nie jest dobry, każdy ma do czegoś smykałkę. Inwestujemy tez w komputer, niech ma odrobinę rozrywki połączonej równomiernie z nauką.
  • Lat 10- Powoli czas wprowadzać młodzika w tajniki relacji damsko-męskich, zanim nauczy się więcej od starszych kolegów. Twarde, krótkie, żołnierskie słowa, ale bez zbędnej obsceny i wulgarności.
  • Lat 12- W tym okresie nadzwyczaj pilnujmy rozwoju zarówno psychicznego, jak i fizycznego, można zepsuć całkiem dobrze zapowiadającego się dzieciaka, jeśli nie weźmiemy się za niego w pierwszym stadium dojrzewania. Dzielić czas między rozrywkę i naukę w równych dawkach, przypilnować, by zajął się sportem (ale męskim, do jasnej cholery, jeśli zainteresuje się łyżwiarstwem figurowym albo gimnastyką artystyczną, trzeba prewencyjnie spuścić delikatny wpierdol a potem dać futbolówkę i wypędzić na podwórko)
  • lat 14- jedziemy do Makro, kupujemy zgrzewkę prezerwatyw (przy okazji kupujemy sobie paletę Red Bulla i kratę piwa, jak już tam jesteśmy, żeby nie jeździć dwa razy, paliwo coraz droższe). nawet, jeśli nie teraz, to w najbliższej przyszłości sie przydadzą. To nie po katolicku, ale uświadamiamy naszego pierworodnego w temacie antykoncepcji, co by zbyt szybko wnucząt nie doczekać, wystarczy nam jedno młode do odchowania na razie.
  • Lat 15- dajemy chłopakowi nieco swobody, ale nie tyle, by poczuł się już dorosły i nie zaczął pierdolić, że “zna życie”. Jak po raz pierwszy przyjdzie do domu pijany, odpowiednio opieprzyć, ale, mając na uwadze fakt, że robiło się podobne rzeczy w jego wieku, należy się też drobna doza wyrozumiałości, miska pod brodę i butla wody na porannego kaca, co by nam synek funkcjonalny był na drugi dzień.
  • Lat 18- Idziemy z nim na wódkę.

Teraz jest już dorosły. Po otrzymaniu od nas kilku życiowych lekcji, zdobyciu odpowiedniego wykształcenia idzie własną drogą, my zaś spoczywamy na laurach, zajmujemy sie wreszcie sobą i liczymy na to, że umrzemy, nim syn ogłosi, że się żeni, bo wtedy pieniądze odłożone na opłacenie radzieckich kosmonautów, którzy wyniosą nasze prochy na orbitę i rozsypią nad księżycem, wydamy na jego wesele.

Na dziś to tyle- o wychowaniu córki innym razem. Obym żadnej nie posiadał. Wojownik Ninja musi być jednak przygotowany na wszelkie ewentualności, więc i w takiej sytuacji wyjdę obronną ręką, choć będzie to kosztowało o wiele więcej wysiłku. Mam nadzieję, że zapamiętaliście dobrze dzisiejsza lekcję, gdyż w przyszłości, bliższej lub dalszej, wspomnicie me słowa.

 

 

 

19
lis
07

Dlaczego należy śmiać się z feministek?

 

Ha, w końcu poruszę ten temat. Prędzej czy później musiało to nastąpić, bo wśród najbardziej wkurwiających ludzi na świecie, feministki zajmują bezapelacyjnie miejsce pierwsze (o wegetarianach, ekologach, studenciakach i małych dzieciach będzie kiedy indziej).

Dlaczego? Bo nie myślą. A ludzie niemyślący są na samej górze listy osób, zasługujących na wieloletnie męczarnie przy rąbaniu drewna w syberyjskiej tajdze. Sądzicie, że się mylę? Że owe wojujące kobiety walczą o słuszną sprawę? Że mają rację? Cóż, macie szansę zrewidować swe poglądy.

Zastanówmy się- czego żądają feministki? Równouprawnienia w każdej dziedzinie, bo podobno takowego równouprawnienia nie ma. Mało tego- domagają się od mężczyzn szacunku, a te najbardziej radykalne twierdzą, że mogłyby się bez samców obyć. Chcecie Seksmisji? Po moim trupie.

 

 

 

Równouprawnienie… hmmm, pomyślmy. Gdyby spoglądać na świat, tak jak omawiana dziś grupa, faktycznie, nie ma równouprawnienia. Według bojowniczek o równość i sprawiedliwość dlatego, że faceci boją się o swe posady, tudzież przeraża ich fakt, iż kobieta może robić to samo co oni równie dobrze, albo nawet lepiej. Uwaga, newsflash- nie może.

Do niektórych pewnie to jeszcze nie dotarło, ale kobiety i mężczyźni różnią sie od siebie diametralnie i niewykonalną rzeczą jest, by potrafili robić wszystko z tą samą wydajnością i w ten sam sposób. Facet ma zdolności empatii na poziomie przydrożnego kamienia, i gdyby kazać mu zajmować się gromada dzieci przez dłuższy czas, połowę by utopił, drugą połowę zaś wywiózł do lasu i zostawił. Dziewucha zaś, dzięki naturalnemu instynktowi, ma do dzieciarni większa cierpliwość i okazuje więcej zrozumienia, nawet, jeśli brygada bachorów ją wybitnie irytuje. Podobnież ma się sprawa z porządkiem i czystością- owszem, niektórzy obdarzeni chromosomem Y ludzie potrafią wrzucić skarpetki do pralki albo odkurzyć mieszkanie, nie zmienia to jednak faktu, że im coś takiego jak dwa pyłki kurzu na stole nie wadzą, natomiast osobnik żeński natychmiast zacznie sprzątanie. Nie, nie jest to stereotyp, a rzecz zbadana empirycznie nie tylko przez waszego ulubionego/znienawidzonego wykładowcę, ale przez tę połowę populacji, która posiada penisa.

Idźmy dalej, sięgając nieco głębiej. Chcecie, drogie panie równouprawnienia? Okej, załóżmy, że wysyłamy feministkę do kopalni węgla. Nie, nie poradzi sobie równie dobrze, jak tak znienawidzone przez nią szowinistyczne świnie. I nie dlatego, ze jest gorsza- jest inna, do jasnej cholery, i niech wbije to sobie do łba. Nie ma takiej tężyzny fizycznej i psychicznej odporności, by wykonywać typowo męskie zadania. Dlatego 99% górników, strażaków, czy pracowników platform wiertniczych, to mężczyźni. Natury się nie oszuka- jesteśmy wytrzymalsi, mniej podatni na ból (zarówno fizyczny, jak i psychiczny), lepiej przystosowani do dźwigania ciężarów, lepiej czytamy mapy, lepiej prowadzimy samochody, lepiej znamy się na mechanice i elektronice, mamy lepsze osiągnięcia w sporcie. Po prostu. Przykro mi. Dla równowagi dodam, ze jesteśmy mniej skomplikowani od was, co często pomaga, ale tez i utrudnia wiele kwestii. Nie mamy takiej podzielności uwagi, nie potrafimy bogato opisać naszych odczuć, nie posiadamy takiego samego zmysłu estetyki, nie rozumiemy, czego chce od nas płaczący niemowlak, nie umiemy złożyć ubrań w kostkę, nie potrafimy ładnie kaligrafować. Ale nie dlatego, ze któreś z nas jest lepsze, lub gorsze. Po prostu jesteśmy INNI.

 

 

 

Nadal chcecie równouprawnienia? Proszę bardzo, tylko gdzie? Wiele kobiet twierdzi, że zarabia mniej niż mężczyźni. Dlaczego? Uwaga, kolejna szokująca wiadomość:

My nie zachodzimy w ciążę. Kobieta przy tak zwanej nadziei nie jest wartościowym pracownikiem, nie może wykonywać swoich obowiązków. To nie nasza wina i doceniamy, że wydajecie na świat potomstwo (o ile ów szatański pomiot nie zawraca nam zbyt często głowy), ale niech do was dotrze, że nie możecie oczekiwać za nicnierobienie (w sensie zawodowym, bo wiem, że macierzyństwo to ciężka robota) identycznego wynagrodzenia. Gdy jakiś facet nagle zechciałby za siedzenie w domu przez kilka miesięcy otrzymywać stałą płacę, zostałby natychmiast zwolniony.

Dziwnym trafem też, pomijając już zatrudnienie kobiety i ryzyko dla pracodawcy związane z tym, że jego pracownik nagle może zostać wyłączony z gry z powodu bachora (co wiąże się z szukaniem kogoś na zastępstwo, przetasowaniem w grafiku, zawieszaniem projektów itp.), jakoś nie zauważam, by płeć żeńska była jakoś gorzej opłacana. Znam masę kobiet, które zarabiają o wiele więcej ode mnie, znam też wiele, które zarabiają mniej. Ale to samo mogę powiedzieć o znanych mi facetach, więc gdzie tu ten brak równouprawnienia? W dzisiejszych czasach liczy się to, co człowiek potrafi i, niezależnie od wyznania, pochodzenia czy płci otrzymuje takie wynagrodzenie, na jakie zasłużył. Paradoksem byłoby żądanie większej płacy, tylko dlatego, ze jest się rudym, ma się zielone oczy albo imię zaczynające się na A. Takim samym paradoksem jest oczekiwanie wyższej pensji tylko dlatego, że jest się odmiennej płci. Oczywiście mówimy tu cały czas o sytuacji panującej w cywilizacji zachodniej, nie o dzikim, średniowiecznym wschodzie, gdyby ktoś miał wątpliwości.

 

 

Nadal uważacie się za pokrzywdzone? Wciąż chcecie tego mitycznego równouprawnienia? Okej. Wprowadźmy taki sam obowiązkowy pobór do wojska. Już wam mniej wesoło? Wiecie, dlaczego kobiety nie służą na pierwszej linii frontu? Rzecz oczywista- bo się do tego nie nadają. Facet ma wojaczkę we krwi, odziedziczył to po przodkach. Chęć rywalizacji, walka z innym samcem, sprawdzenie swych sił dostarcza mu odpowiedniej porcji adrenaliny. Dlatego to my wymyśliliśmy futbol, działa samobieżne i piły łańcuchowe. Wy znakomicie sprawdzacie się w roli sanitariuszek, pocieszających rannych żołnierzy w lazarecie, gdyż macie wrodzoną czułość i zmysł opiekuńczy. Przecież to dziecinnie proste.

 

 

 

Teraz co po niektóre wojowniczki wytocza argument koronny- “Wy myślicie tylko o seksie, o tym, jak wykorzystać biedną kobietę”. Owszem, myślimy fiutem, nie zaprzeczam. Tak, chcemy zaciągnąć co ciekawsze wizualnie osobniki pod kołderkę. Pytanie moje brzmi- wy nie? Całe to pieprzenie o uczuciach, głębokiej miłości, o tym wszystkim, czego my podobno nie rozumiemy, to wierutna bzdura. Związek to bilans zysków i strat, jaki przeprowadzają obie strony, mimo, że facetowi chodzi o co innego, niż kobiecie. On chce silnego, twardego potomstwa, powiększenia swej genowej puli, opieki nad domowym ogniskiem i chwytania za wydatny cyc po powrocie z pracy. Ona- stabilności, bezpieczeństwa, pewnego statusu społecznego. W większości wypadków związki nie rodzą się z tej jakże pożądanej miłości, ale ze zwykłego pragmatyzmu, uwarunkowanego najzwyczajniej w świecie naturalnym dążeniem każdego zwierzęcia do zapewnienia ciągłości gatunku. Przykro mi, takie są fakty.

Żeby było ciekawiej- argumentacja feministek, dotycząca zwyczajnej męskiej chęci ruchania bierze się z tego prostego powodu, że nikt ich samych wziąć nie chce. Są po prostu brzydkie i cierpią na syndrom niedopchania, a ich niby szlachetne pobudki to tak naprawdę czysta zazdrość i zgorzknienie z powodu braku własnego penisa na podorędziu. Prawda jest taka, że te kobiety, które są obiektami pożądania, rządzą światem- facet, kierowany własną chucią, dla zdobycia takiej partii jest w stanie przesuwać całe góry, a inteligentna kobitka potrafi zrobić z tego odpowiedni użytek. Natomiast wojujące, wąsate, palące staniki pasztety realnej władzy nad mężczyzną nie posiadały, nie posiadają i nigdy posiadać nie będą, stąd ich rozgoryczenie, ukrywane pod płaszczykiem wzniosłych idei.

Nigdy nie spotkałem się, ze strony zapoznanych bliżej kobiet, z zarzutem, że myślę tylko o pieprzeniu i o swoim zaspokojeniu (co jest nieprawdą, bo myślę jeszcze o dużym telewizorze High Definition i zgrzewce piwa). Prawdziwy, porządny przedstawiciel płci męskiej stara się, by obie strony miały ze spółkowania wymierną korzyść, bo z dymania drewnianej kłody nie ma żadnej przyjemności. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział- przeciętnemu facetowi wielką satysfakcję daje to, że potrafi zapewnić kobiecie nie tylko materialne, ale także seksualne zadowolenie. Czasy, gdy rzucało się żonę na wyro, robiło się co trzeba w trzydzieści sekund i szło się pędzić krowy na pole, minęły bezpowrotnie. W oczach prawdziwego Ninja chłop, który nie potrafi rozgrzać dziewczęcia, jest nic nie wart i powinien popaść w głęboką depresję.

Jednakoż feministki nigdy przyjemności nie zaznały. I tu leży ich największy problem- chciałyby, a nie mogą, bo nikt ich nie chce. Dlatego wyładowują się na bogu ducha winnych mężczyznach, zamiast ogolić nogi i pachy, założyć stanik, ubrać coś ładnego i znaleźć kogoś, kto się nimi zaopiekuje.

 

 

 

Powiedzcie mi, dlaczego nie ma wojujących o swoje prawa mężczyzn? Też chcielibyśmy mieć płatne urlopy macierzyńskie (ojcowskie zwolnienie jest tak śmieszne, że aż straszne). Chcielibyśmy mieć realne szanse na wygranie sprawy w sądzie o opiekę nad własnym dzieckiem. Chcielibyśmy spotkać sę z ogólnym zrozumieniem, gdybyśmy powiedzieli, że mamy gorszy dzień i nie możemy czegoś zrobić. Chcielibyśmy spotkać się z przychylnością, gdybyśmy założyli na siebie coś seksownego. Chcielibyśmy rozróżniać więcej niż 20 kolorów. Chcielibyśmy, ale nie możemy, bo tak jesteśmy stworzeni, i niech do was wreszcie to dotrze. Miast pluć na lewo i prawo o równouprawnieniu, weźcie się za coś pożytecznego.

 

 

Wszystkim kobietom, które pokiwały ze zrozumieniem głową, w imieniu całego męskiego rodu mówię- Dziękuję. Wszystkim pieprzniętym feministkom powiadam zaś- przyjdzie na was czas, a wtedy pierwszy podłożę ogień pod stos.

13
lis
07

Czego nie robić w kinie?

Tak trzymając się tematu 3:10 to Yuma, bo ostatnio rzadko chadzam do kina, gdyż czasu coraz mniej… Akurat ta dłuższa przerwa w wypadach na seanse filmowe przypomniała mi, czego akurat NIENAWIDZĘ w chodzeniu do przybytków z wielkimi ekranami i fajnym dolby surround.

Standardowo proszę o wyjęcie długopisów i czegoś, na czym da się sporządzić notatki (co ładniejsze słuchaczki dostaną dodatkowe punkty na egzaminie końcowym za spisywanie moich mądrości na swych piersiach). Od razu uprzedzę- jeśli ktokolwiek z was, moi drodzy, odnajduje swoje zachowania, w którymś z tych podpunktów, ma przejebane. Nieodwołalnie. Nie ma proszenia i chodzenia z bombonierką, nawet pęto podwawelskiej nie pomoże.

Oto, co najbardziej wkurwia w kinie. ZAWSZE. Powtórzę- odnajdujesz się na liście- czeka cię chłosta świeżymi witkami wierzby po pośladkach i perspektywa publicznego napiętnowania.

  • Nie zabierać na filmy dzieci. Nie po to idę na film, na którym się dzieciarni nie spodziewam, żebym zobaczył na sali paru małolatów, którzy na pewno mi dzień urozmaicą tak, że będę pałał rządzą mordu. Nie przyszedłem na jakiegoś pieprzonego Shreka czy inne bzdety, tylko chcę sobie obejrzeć soczystą, dwugodzinną pochwałę seksu, przemocy i innych rozrywek. Jeśli posiadasz własną latorośl, daj jej do zabawy nożyczki, zapałki, pistolet, przywiąż je do klamki albo kaloryfera, zamknij w piwnicy, wyślij do dziadków na wieś, gdzie może pobawić się snopowiązałką, zrób z nim cokolwiek, tyko nie zabieraj go do kina. Najlepsi są tacy, idący na film dla widzów, którzy mogą legalnie kupić piwo w sklepie, biorący ze sobą owoc swoich conocnych małżeńskich obowiązków, po czym wychodzą z kina po 15 minutach, bo albo okazuje się, ze Pasja to nie wielkanocna jezusowa laurka a kawał dobrego gore, albo gówniarz zaczyna jęczeć, że mu się nudzi, gdyż wielce rozgarnięty rodzic zabrał go na nowy film Lyncha.
  • Jeśli jesteś dzieckiem- ściągnij sobie film z torrenta. Tylko błagam, nie wchodź na salę. Tym razem odpowiedzialność ponoszą nie tylko rodzice (mogliby się zainteresować, gdzie się szlaja ich uroczo wkurwiający malec), ale także bileterzy, którzy bez zastosowania odrobiny zdrowego rozsądku wpuszczają młodocianych degeneratów do kina. Przyjdzie taki, nie dość, ze 20 minut po trailerach zechce mu się skorzystać z toalety i będzie łaził przed ekranem, to jeszcze około 40 minuty filmu zadzwoni do niego kumpel, coby ustawić się na dziwki, wódę i narkotyki (czy co tam młodzież teraz robi po szkole), tudzież, w przypadku, gdy posiadaczem telefonu okazuje sie nieletnia siksa, zacznie się gorączkowa wymiana ośmiuset trzydziestu dwóch esemesów na temat siorbania Wojtkowi czy innemu Rysiowi pod ławką na matematyce, bez wyciszenia dzwonków rzecz jasna. Oczywiście należy do tego dodać nieustanną głupawę, jakby pannica była po torbie zielska (dwóm dziewuszkom, które zakłóciły mi spokojny odbiór Bękartów Diabła, dedykuję ten akapit).
  • Nie wchodź, jeśli twoim życiowym marzeniem jest posiadanie Calibry 2.0 z LPG i czarnej bjaczy z teledysku 50centa. Pośrednio łączy się to z poprzednim podpunktem, zwłaszcza w co ciekawszych regionach tego kraju (pozdrawiam szczególnie Kraków i Białystok), obfitujących w mieszkańców w jednolitych, markowych uniformach sportowych, gdyż człek takowy to forma pośrednia, poczwarka by sie chciało rzec, miedzy gimnazjalistą a posłem Misztalem. Zasadniczo ten typ kinoodwiedzacza charakteryzuje się donioślejszym śmiechem niż dzieciarnia podpunkt wyżej, dodatkowo często pojawia się na sali w stanie wskazującym na spożycie, co jeszcze bardziej wpływa na odbiór obrazu przed oczami.
  • Nie umiesz jeść- wypierdalaj. Tyczy się to głównie tych, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy ze swojego porażenia mózgowego i mają problemy z funkcjami motorycznymi kończyn, co uniemożliwia im trafienie ziarenkiem popcornu do własnych ust. Sypie się to cholerstwo na wszystkie strony, potem człowiek siedzący obok, mimo, że kupił sobie tylko colę, po zapaleniu świateł wygląda jakby mu łupież zmutował i się otrzepywać musi przez następne pół godziny.
  • Nie masz poczucia humoru- umrzyj. Jeden z moich ulubionych typów widza, który śmieje się w najmniej zabawnych fragmentach filmu. Często na tych, które z założenia miały nie być zabawne, tylko on sie jeszcze nie zorientował. Raz rzuciłem w takiego butem. Szkoda, bo fajny był to but, ale poczucie satysfakcji- bezcenne.
  • Elementarz Falskiego skończyłeś na literze “C”- poczekaj, aż będzie w TV z lektorem. Tyczy się to zarówno młodzieży, jak i (co przerażające) dorosłych. Napis, którego przeczytanie nawet surykatce zajęłoby sekundę, góra dwie, sprawia takim osobom straszliwe problemy. Uwielbiam, gdy osoba siedząca obok nagle robi dziwną minę, po czym pyta swojego partnera (co ciekawe, analfabeci zawsze pojawiają się w kinie z osobami towarzyszącymi) “Co on powiedział?”
  • Fabuła Rambo jest dla ciebie niezrozumiała- wyjdź. Ładnie cię proszę. A to tak przy okazji mojego wypadu na 3:10 to Yuma. Kobitka, która siedziała dwa fotele obok, zorientowała się dopiero gdzieś w połowie filmu, że w tytule chodzi o pociąg do rzeczonego miasta. Pogratulować. Ale to nie jedyny taki przypadek. Nic tak mnie nie rozbraja jak pytania zaraz po seansie (a czasami nawet w trakcie) “O sssoooo chozi”, gdy mamy do czynienia z pięćdziesiąta wersją najazdu kosmitów na Amerykę.
  • Jesteś chory? Zostań w domu. To też przy okazji ostatniej wizyty w kinie. Partnerem (mówiłem, najdziwniejsze przypadki zawsze z kimś przychodzą) rozgarniętej panny był gość, który cały czas głośno przełykał swoją flegmę. Nawet Miłosz nie podołałby z kwiecistym opisem wrażeń, jakie mi towarzyszyły przy każdym łyku coli, gdy zaraz obok jakiś facet doskonale obywał sie bez jakiegokolwiek prowiantu na sali, żywiąc sie własnymi glutami. Charczał delikwent jak gruźlik z rakiem krtani. Przez dwie godziny. Co kilka sekund. Pułkownik Kurtz zwykł w takich chwilach mawiać: The horror. The horror. The horrrrrooorrrr. Żeby to raz się taki w całej mojej karierze kinomana trafił, to bym nie narzekał. Ale co nie przyjdę, to ktoś z ebolą albo wąglikiem musi zapluć bądź zasmarkać siebie, fotel i człowieka przed sobą. Obsługa powinna profilaktycznie robić szczepienia przed wejściem na salę.
  • Śmierdzisz? Wróć do siebie, umyj wszystkie zakamarki. Ileż można razy wspominać o higienie? Jak widać, a co najważniejsze, czuć, do usranej śmierci będę truł, a i tak nie dotrze. Jak mam sie cieszyć filmem, gdy ktoś fotel obok jebie, aż oczy łzawią? Dobra, rozumiem, jeśli to jakiś film Romero i swąd trupiej zgnilizny dostarcza dodatkowych wrażeń, gdy przez ekran przelewają się watahy Zombie, ale do chuja, Polaku- wyszoruj zęby, Polko- umyj cycki!
  • Masz fajny dzwonek w komórce? To rewelacja, ale spierdalaj. Poruszony bł już ów podpunkt przy okazji dzieciarni na sali, ale jakim cudem, do człowieka, zdawałoby się, dorosłego, nie dociera tak prosty komunikat jak “Wyłącz tego pieprzonego Krejzi Froga”?
  • Nie wiesz, na co idziesz? Won. Też już napomknięty problem, przy okazji matek z dziećmi. Nie tak dawno byłem na przedpremierze Planet Terror, i zastanawiałem się, czego spodziewało się te dziesięć osób, które wyszło z kina po 10 minutach? Wzniosłych prawd życiowych? Recepty na szczęście? Wyciskających łzy scen? No rzesz ja pierdolę, toż najdurniejszy szympans w stadzie, po spojrzeniu na plakat Grindhouse’a, wie, o czym będzie film, a jeśli kogoś nawet to przerasta, wystarczy sięgnąć po pierwszą lepszą gazetę i dowiedzieć się, w czym rzecz. Wychodzę z prostego założenia: nie lubię komedii romantycznych- nie chodzę na nie do kina, nie szukam ich w telewizji (której zresztą, poza Cartoon Network, też nie bardzo oglądam), mam je totalnie w dupie. Lubię durnowate komiksy- idę na ekranizację i nie mam potem pretensji do całej ekipy, że to głupi film, a ludzie w rzeczywistości nie potrafią chodzić po ścianach.

Mam nadzieję, że dotarło. Jeśli nie, cóż, możesz już przestać czytać dalsze wykłady.

13
lis
07

Wzorzec mężczyzny

Wczoraj sobie poszedłem na nową wersję 3:10 to Yuma. Zdatne do spożycia, choć oryginał lepszy, bo mniej przekombinowany i wydumany. Miło się oglądało aczkolwiek do odpowiedniego odbioru tego filmu potrzebna jest drobna doza chłopięcej miłości do westernów (nie, Brokeback Mountain nie należy do gatunku westernów, plasuje się raczej w tej samej kategorii co filmy z Sandrą Bullock), które wraz z komiksami i disco relaxem w Polsacie o poranku wychowały mnie na porządnego człowieka.

Ale co z tą Yumą i jak to się ma do dzisiejszego wykładu waszego ulubionego/znienawidzonego wykładowcy? A no tak sobie patrzyłem na grę zarówno generała Maximusa, jak i już wyrośniętego panicza Jamesa, co chciał batonik Hersheya. Mimo, że się starali ze wszystkich sił, robili groźne grymasy i próbowali być twardsi niż stolec po trzydniowej imprezie, to nie przybliżyli się nawet o metr do Niego. Do ideału. Do wzorca prawdziwego mężczyzny.

W zasadzie na którego bym dziś faceta nie spojrzał (tak, siebie także wliczam, mimo całej mojej zajebistości), kogo bym z Nim nie porównywał, nikt nie może osiągnąć choćby promila Jego geniuszu. Teraz w modzie wymuskane pipki, na srebrnym ekranie, w kolorowych magazynach, na scenie czy na ulicy. Takie ładne chłopaki, na widok których dzierlatkom poziom kisielu wzrasta trzykrotnie. Cóż z tego, że przystojni, może nawet niektórzy wykształceni, oczytani, zabawni? Chuj z tego, moi mili.

Jaki by współczesny mężczyzna nie był, nigdy nie będzie w stanie zabić samym wzrokiem. Żaden z nas, niestety, nie zrobi takiej obojętnej miny podczas mordowania kolejnej setki jakichś fagasów. Ani jeden facet nie osiągnie takiego tembru głosu, który powodowałby natychmiastowe luzowanie zwieraczy. Wielu próbowało, but there can be only one.

To gość, który może zagrać mopa do podłogi, a i tak będzie z niego badass motherfucker. Choćby ubrano go w strój Teletubisia, gdyby nawet wystąpił w teledysku Green Daya, albo w reklamie Domestosa- zawsze będzie bezdyskusyjnie miażdżył pytę.

Dlaczego nikt nigdy nie osiągnie jego poziomu? Okej, wciąż jeszcze są miejsca na podium do obsadzenia, na drugim stoi Gregory Peck, a o trzecie bije się Sean Connery z Humphreyem Bogartem, zaś w kolejce czekają jeszcze na swój czas Christopher Walken i Charles Bronson. Tak, wiem, że trzech z tych panów nie żyje i są raczej mało skorzy do bitki w takim stanie, ale przynajmniej o nich ktoś pamięta, po was zaś nie zapłacze nikt, nawet wasza rodzina, a to z tego powodu, że do tej pory nie zdawaliście sobie sprawy z Jego zajebistości , therefore- you suck better than Heather. (uwaga, niniejszy dowcip z siorbaniem zrozumieją zapewne nieliczni. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które nie załapały, cóż, you suck even more)

Ale ale, bo my tu o zasysaniu, a przecież uciekamy od głównego tematu. Dlaczego On jest wzorcem mężczyzny doskonałego? Oto zbiór jasnych, klarownych odpowiedzi:

  • Nigdy nie był młody. Jak wszyscy wiemy, młodość, a szczególnie okres pomiędzy sraniem w pieluchy a pierwszym umoczeniem w czymś innym niż kostka masła, to czas absolutnego braku szarych komórek. Każdy poza Nim był kiedyś dzieckiem. On zaś od razu pojawił się na ziemskim łez padole z trzydniowym zarostem, cygarem w zębach i paskudnym grymasem na twarzy. Widzieliście Go kiedyś młodego? No właśnie.
  • Mordował niewinnych (choć, co jest jasne, wszyscy są winni, mniej lub bardziej) z uśmiechem na ustach
  • Przeprowadził eutanazję
  • Poleciał w kosmos
  • Zastrzelił Gene’a Hackmana (a innym razem go pogrążył)
  • Nawet w chujowym romansie mówił tak, że ptaki spadały z niebios a rzeki cofały bieg
  • Wystąpił w musicalu (gdyby jeszcze było to Blues Brothers…) i nawet tam pokazał klasę
  • Uciekł z Alcatraz
  • Nie wyglądał na geja nawet w różowym Cadillacu
  • Cytowano go (trzykrotnie!) w Falloucie 2
  • Nawet gdy się uśmiecha, zwiastuje to burzę z piorunami i gradobiciem
  • Wykoleił pociąg. Niejeden.
  • Ma kilka poświęconych sobie pieśni, jedna ma nawet jego imię i nazwisko jako tytuł
  • Nie mówi dużo. Działa, miast marnować energię na zbędną konwersację
  • Nawet w ortalionowym dresie wzbudza postrach
  • Przeżył lotniczą katastrofę (i nie mówię tu o filmach, a o prawdziwym, brutalnym życiu)
  • Okradł nazistowski bank
  • Grał w filmach z wielkimi potworami (a oczywistą sprawą jest, że wielkie potwory są w pyte)

Jeśli ktokolwiek łapie się na chociaż 1/4… no, nie bądźmy aż tak rygorystyczni- 1/10 z tych podpunktów, moje gratulacje.

Ale nie cieszcie się zbytnio- i tak każdy ZAWSZE będzie mniej zajebisty niż  Clint.

eastwood

08
lis
07

Jak być fajnym? Part 3

Na początku dzisiejszego rantu chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom, którzy, chcąc mnie pognębić, jeszcze bardziej podbili statystyki i zwiększyli zasięg mych słów. Your anger makes me stronger, jakby to rzekł imperator Paplanina.

Po tym dziękczynnym wstępie, czas na część właściwą dzisiejszego wykładu o tym, jak być fajnym. Na wokandzie: braki w elokwencji i kulturze oraz zwyczaje żywieniowe. Tym razem tematyka jasna, prosta i nie wymagająca wiele wysiłku zarówno od nauczyciela, jak i od młodego padawana, który wcześniej raczył się zastosować do rad zawartych w poprzednich odsłonach.

Po trzecie- ubytki w mowie i w piśmie. Należy zaznaczyć, że przeintelektualizowany bełkot jest równie zły jak pieprzenie na poziomie pięciolatka. W zasadzie nie wiem co gorsze- rzucanie Deridą, którego się nie rozumie (ale teraz modne jest cytowanie jego słów o postmodernizmie, mimo, że niewielka część chełpiących się znajomością tego autora wie, o co mu chodzi), czy odpowiedź “Twoja stara”. Oba przypadki normalnego, fajnego człowieka bawią setnie.

Wait, scratch that- po namyśle stwierdzam, że pseudointeligenckie farmazony są jednak bardziej zabawne. Odzywki rodem z podstawówki sugerują młody, chmurny i durny wiek rozmówcy, przez co jest jeszcze jakaś nadzieja, że z biegiem lat zmądrzeje. Natomiast osobnik szczycący się swą niby-inteligencją, gdy obnaży się błędy w jego rozumowaniu, przeuroczo zaczyna się pluć i wierzgać niczym ogier przed kastracją, co tylko znamionuje nadszarpnięte ego, wcześniej niczym nienaruszone. Lekcja warta zapamiętania, ba, nawet dwie lekcje:

  1. Stoicki spokój jest podstawą normalnej, ciekawej, zajmującej dyskusji.
  2. Stylizowanie się na wykształciucha bez odpowiedniej wiedzy prędzej czy później skończy się naszym bolesnym upadkiem.

Dlatego, zanim coś powiemy, miejmy pewność co do sensu i znaczenia naszych słów. Swego czasu wielką karierę zrobiło słowo “bynajmniej”, używane zamiennie z “przynajmniej”, co doprowadzało do kurwicy każdego z choćby minimalną wrażliwością językową. Jeszcze wcześniej pamiętam szał na wciskanie łacińskich zwrotów, gdzie się tylko dało (nie wiem, po jaką cholerę, bo brzmiało to idiotycznie). No i nie można tez zapomnieć o tych, którzy nie zauważają, kiedy słowa powinny mieć końcówkę “ą”, a kiedy “om”- nic tak nie gotuje krwi jak nierozróżnianie narzędnika liczby pojedynczej od celownika liczby mnogiej. Każdego, kto powie (bądź napisze, bo w mowie różnica jest mniej wyczuwalna, zawsze można to zwalić na wybite przednie zęby) “Lubię przyglądać się kobietą” wysyłałbym na Islandię. Czemu tam? Bo zajebiście zimno i zajebiście smutno.

Recepta? Proste, twarde, jasne zdania, od razu wyjaśniające, o co nam chodzi. Ironizowanie i sarkazm, jeśli już chcemy ich użyć, muszą być rozwinięte na odpowiednim poziomie, inaczej wyjdziemy na kompletnego morona. Soczysty bluzg, podkreślający nasze twarde stanowisko, także może dopomóc w zaprezentowaniu swych racji, aczkolwiek nie wypada używać kurew zamiast przecinków.

Żeby nie być gołosłownym- prosty przykład złej i dobrej wypowiedzi:
wrong\right
Czy to jasne? Mam nadzieję.

 

 

 

 

Gdy już opanowaliśmy sztukę dyskursu, czas na mniej ważną, acz bardzo pomocną w uzyskaniu wiecznej chwały, sprawę: Po czwarte- co spożywać?

Są trzy rzeczy, które po spożyciu automatycznie przesuwają nas o krok bliżej do zajebistości:

  1. Nachos- oblane serkiem i maczane w porządnej salsie. Albo dorzucone do Chili Con Carne. I zapijane Tequilą. Można nie lubić brudnych meksykańców, ale trudno nie kochać ich kuchni, która jest przeznaczona dla prawdziwych mężczyzn- ostra, wyrazista i sycąca.Byle ciota jej nie tknie.
  2. Suszone mięsko- Za oceanem zwana Beef Jerky lub po prostu Jerky. Pożywne, jednocześnie ze śladową ilością tłuszczu. I nie do podrobienia w smaku. Występuje w odmianie ciętej, nuggetowej, batonikowej i paru innych, a w każdej postaci rozpierdala, bo to cudeńko jest wręcz genialne w swej prostocie. I żrą je astronauci na promach kosmicznych- czy może być coś bardziej zajebistego?
  3. Red bull- Jako żywieniowy faszysta uznaję tylko tę markę energizerów. Wiem, że są tańsze, a równie skuteczne zamienniki, wiem też, że cenę RB dyktuje hype marketingowy. Cóż z tego, skoro najlepiej pasuje do papierosów, trzyma mnie na nogach lepiej niż kawa i najlepiej leczy mnie z kaca? Że to efekt przyzwyczajenia albo placebo jakoweś? Mam to w dupie, Red Bulla w moim krwiobiegu jest więcej niż hemoglobiny. I nie, nikt mi nie zapłacił, to reklama darmowa.

Do obowiązkowych trzech podpunktów można by jeszcze dorzucić rzecz jasna złocisty napój bogów (pić tylko i wyłącznie z butelki!), ale jako, żem zmotoryzowany, pozwalam sobie wieczorami lub w weekendy (nie, nie prowadzę kampanii trzeźwości, po prostu niewygodnie trzymać butelkę podczas jazdy, no i przy ostrzejszym hamowaniu należy liczyć się z rozlaniem trunku, co jest śmiertelnym grzechem).

Pamiętajcie też, że podstawą diety każdego szanującego się twardego madafaki jest mięso. Gdybyśmy wpieprzali korzonki i liście, do dziś pewnie siedzielibyśmy na drzewach, a największym cywilizacyjnym osiągnięciem byłoby wynalezienie drabiny. Dzięki temu, że jakiś jaskiniowiec wpadł na pomysł, by zamiast codziennego posiłku złożonego z kapusty i rabarbaru zapolować na mamuta czy jakiegoś pancernika, jesteśmy dominującym gatunkiem na ziemi. Gdyby nie fakt, że surowe mięso jest mdłe w smaku i trzeba było coś zaradzić w tej kwestii, nasi przodkowie nie wpadli by na pomysł rozpalenia ognia. Gdyby nie łowy na zwierzęta, które pchnęły do przodu ówczesny przemysł zbrojeniowy, połowę pierwotnej ludzkiej populacji zeżarłyby tygrysy, a tak mieliśmy dzidy, toporki, noże i inne narzędzia destrukcji, które równie dobrze sprawiały się w szlachtowaniu dziczyzny, jak w przeganianiu szablozębnych drapieżców. No i nie zapominajmy, że zanieść takiego kilkutonowego kudłatego słonia do jaskini nie było sprawą prostą, dlatego też wynaleziono koło i pakowano jeszcze świeże truchło na gigantyczną taczkę, ciągniętą przez całe plemię.

Dowód? proszę bardzo, malowidła naścienne odnalezione w Niax we Francji, prezentowane poniżej, ukazujące martwego mamuta na kołowym wózku.

mamut hunting

Dlatego też, by nie zaprzepaścić tego, co dali nam nasi odlegli krewni z czasów zlodowacenia, musimy jeść mięso. Zielenina może być co najwyżej dodatkiem. Ci, którzy odżywiają się samymi warzywkami i owockami, są na straconej pozycji w drabinie ewolucyjnej i zapominają, że kły służą do odgryzienia porządnego kawałka chabaniny, zaś trzonowce nie są do mielenia ziaren, a do dokładnego przeżucia naszej zdobyczy.

 

 

 

No, tyle w kwestii bycia zajebistym. Temat zapewne powróci jeszcze nie raz, przy wielu okazjach, ale podstawy, mam nadzieję, już macie jako tako ogarnięte. Co będzie na następnym wykładzie? Najpierw króciutki test z przyswojonego dotychczas materiału, a potem- kolejna lekcja życia w wykonaniu waszego ulubionego/znienawidzonego wojownika cienia.

 

 

07
lis
07

Jak być fajnym? Part 2

Poprzednio rozwodziliśmy się nad czysto zewnętrznymi aspektami zajebistości. Dziś natomiast poświęcimy więcej uwagi tak zwanemu “wnętrzu”, które, mimo, ze nic nie znaczy, jeśli nie posiadamy odpowiednich atrybutów widocznych gołym okiem, przydaje się na dalszym etapie bycia fajnym, gdy sama prezencja nie wystarcza.

Gotowi? Mam nadzieję, bo będzie masa bardzo ważnych i przydatnych wiadomości.Poprzednia część, gdyby ktoś wciąż miał problemy z prostą jak konstrukcja cepa nawigacją: tutaj

Po drugie- Zainteresowania\hobby. Ja wiem, ze w dzisiejszych czasach trzeba udowodnić, jakim jest się głębokim, inteligentnym i oczytanym, ale najczęściej, paradoksalnie, wychodzi się dzięki temu na idiotę. Kogo by nie zapytać, schemat odpowiedzi będzie taki sam, lub bardzo podobny: książki, film, muzyka. Ale nie jakieś tam książki, jakiś tam film, jakaś tam muzyka, o nie. Każdy doda obowiązkowo słowo “ambitne, ambitny, ambitna” tudzież, co też często się zdarza, pochodne wyrazu “niezależność”, albo, moje ulubione słowo-wytrych, używane przez wszystkich, którzy chcą uchodzić za nietuzinkowych i oryginalnych- “niekomercyjne”.

Przyjrzyjmy się zatem najpierw, drodzy uczniowie, cóż to za ambitne, wiekopomne dzieła czyta większość tych, którzy szczycą się swoją rzekomą elokwencją i oryginalnością?

  • Fantasy – so fucking original. Miłośnicy fantastyki nabijają co roku statystyki czytelnictwa w naszym stroniącym od słowa pisanego społeczeństwie.Cudownie, problem w tym, że poziom większości publikacji w tym gatunku waha się pomiędzy “bełkot” a “poprawne czytadło toaletowe”. Schemat goni schemat, elfy nie lubią krasnoludów, barbarzyńcy ruchają karczemne służące a straszliwi nekromanci chcą zawładnąć światem. No i nie zapomnijmy, że musi być choć jeden pieprzony smok. Ach, no i jest jeszcze Sapkowski, na którego powołują się wszyscy, jak kraj długi i szeroki (szczególnie przy okazji premiery całkiem zacnego Witchera ). Serio, w tym roku na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tytuły, przy których udało mi się nie zasnąć lub nie zwrócić obiadu. A zaznaczę, że odkąd nauczyłem się składać literki w słowa a potem w zdania, czytywałem dzieła (czy raczej, w większości przypadków- “dziełka”) o rycerzach i królewnach. Ale po pierwsze- z niektórych rzeczy się wyrasta, po drugie- ile można wałkować ten sam temat?
  • Literatura z Azji- przy czym w tym jakże szerokim pojęciu mieści się Murakami, Murakami i Murakami. No, może jeszcze Murakami. Każdy musi czytać Murakamiego, bo inaczej jest spalony w towarzystwie. Tym nazwiskiem można rzucać na lewo i prawo, by podwyższyć swój status lansowności. Ale gdyby tak spytać o lepszych pod względem tematyki i warsztatu)autorów, jak Dazai, Mishima czy Oe (noblista, do jasnej cholery), zrobią wielkie oczy i się dziwią. A przypomnę, ze ograniczyłem się w tym momencie do popowej, współczesnej japońszczyzny, nawet nie zahaczając o literaturę przedwojenną, ani o inne żółte kraje. Opieranie się na Murakamim wynika tylko i wyłącznie z tego, ze ktoś czasem napisze na jego temat w Przekroju, Koszernej czy innym periodyku opiniotwórczym. I jest to tak prostackie i puste, że aż mnie śledziona zaczyna boleć, jak o tym myślę.
  • Literatura skandynawska- Kolejny temat, jaki można podjąć w grupie wylansowanej młodzieży akademickiej. Im smutniejszy tytuł i im bardziej kontrowersyjny w naszym “nietolerancyjnym i katolskim kraju”, tym lepiej, bo wtedy malujemy siebie jako wielkich, tolerancyjnych liberałów. Szczerze? Sam mogę teraz, w ciagu trzydziestu sekund, wymyślić główny wątek utrzymany w tej konwencji. Książce nadam tytuł 125 Sztokholm, a będzie ona o dwóch nieletnich hermafrodytach, którzy zapałali do siebie wielką miłością, gdy uczestniczyli w teleturnieju, w którym wygrać można było zabieg eutanazji dla swojego dziadka. Pewnie byłby to bestseller.
  • Literatura rosyjska- Sam cenię i lubię. Przy czym statystyczny Polak, mówiąc, ze lubi literaturę rosyjską, ma na myśli to, że przeczytał (niekoniecznie w całości) Mistrza i Małgorzatę, ewentualnie obił mu sie o uszy tytuł Zbrodnia i Kara. Wojna i Pokój to już wyższa szkoła jazdy dla wtajemniczonych, zaś Borisa Pasternaka kojarzą ci, którzy widzieli puszczanego po raz setny w TV Doktora Żywago. O Czechowie, Majakowskim, Szołochowie, Trifonowie czy Buninie nikt się nie wypowie, bo po prostu takowych autorów nie zna. Dlatego przypomnę- to, że poznało się jedną, dwie, trzy książki, które są evergreenami i pozycjami absolutnie obowiązkowymi do przeczytania, nie czyni z nas miłośnika gatunku i nie jest niczym nadzwyczajnym.

Już wiemy, co czytamy, i dlaczego jesteśmy chujowi w naszych zainteresowaniach literaturą. Co następne w kolejce? Film. Co też nasza ambitna młodzież ogląda? Zabawna sprawa- ma to nierozerwalny związek z powyższą książkową wyliczanką.Ktoś, kto chce zabłysnąć w grupie, może sie pochwalić, że lubi kino ze Skandynawii, które charakteryzuje się tym samym, co tamtejsza literatura- musi być jak najsmutniejsze i jak najbardziej o życiu. Funkcjonuje pewien prosty schemat- parka zakochanych (płci dowolnej), która ma permanentnego doła, bo na zewnątrz piździ, oraz długie ujęcia, które jednak nie są żadnym zabiegiem artystycznym, a dowodem na to, że reżyser nie miał pomysłu na więcej niż piętnaście minut fabuły i musiał jakoś wydłużyć film do dwóch godzin. Czysta rewelacja i niezal, jak ja pierdole. Zasada jest prosta- im nudniejsze dzieło, tym lepsze do wymiany poglądów wśród światłej młodzieży.

A co z muzyką? Tu podział jest prosty, na trzy obozy:

  1. Kultura apaszki, frotki i grzywki wymaga, by słuchać Indie, zespołów niezależnych, tak zwanej alternatywy. Alternatywy do czego, skoro każdy gra teraz tak samo? Gdyby mi się chciało wyliczać wszystkie tak zwane “niezależne” zespoły, które wypłynęły od czasu okrzyknięcia The Strokes nową nadzieją rocka, to doczekałbym się wnuków. Wyłowienie czegoś wartościowego z tego całego gówna staje się z każdym dniem coraz trudniejsze, bo NME, Rolling Stone i Pitchfork codziennie dają jakiemuś zespołowi zaczynającemu się na “The” a kończącemu się na “s” pięć gwiazdek, mimo tego, że nie różni się od setki innych bandów. Ale cóż począć, skoro nawet Radiohead nie może wymyślić niczego nowego i najnowszy album jest po prostu średni?
  2. Obóz metalowy, w którym, nie licząc oczywistej odmiennej stylistyki, panuje taki sam zastój jak w lżejszych odmianach rocka. Wyłapywanie rzeczy dobrych w tym nurcie jest zresztą jeszcze trudniejsze, bo może i japoński noise jest oryginalny, ale tak pokurwiony, że słuchać tego dla czystej przyjemności się nie da. A przy reszcie można z nudów zdechnąć, bo ileż razy można powoływać się na zacnego Laibacha czy Current-93?
  3. W Hip-hopie zaś jeszcze większy stale-mate niż w dwóch powyższych. Ja wiem, że jest O.S..T.R.y , Afrokolektyw czy Łona oraz ponoć prężny underground, a czasem i Pezet coś zdatnego do spożycia skleci (acz słyszę spadek formy), ale cóż z tego, skoro większość młodzieży za najlepszych uznaje Ryśka Peję i Tedunia, a młodzież jeszcze młodsza jara się Mezem i spółką?

Sumując- odnaleźliśmy w powyższym spisie coś, co do nas pasuje? W takim razie błędnie myśleliśmy, że jesteśmy fajni. Nie. Jesteśmy chujowi. Nie ma czegoś takiego, jak dzieło niekomercyjne sensu stricto, bo za każdy film czy utwór muzyczny, jak bardzo oryginalny by on nie był, twórca, wytwórnia, dystrybutor i detaliści mają jakiś procent zysku ze sprzedaży, jeśli jest on w obrocie na rynku. Poza tym, jeśli o samą oryginalność chodzi, to przykro mi, ale teraz wszyscy szczycący się swymi niezal-zainteresowaniami… Ty, ty, tamten z tyłu i ten po twojej prawej- wszyscy ubieracie się tak samo, słuchacie tego samego, czytacie i oglądacie to samo. Gdzie tu do chuja oryginalność zainteresowań? Co nie pójdę do klubu, na uczelnię, cholera, wystarczy tylko, że wyjdę na ulicę- to samo, tak samo, w ten sam sposób.

Morał z tej lekcji? Silenie się na fajność i zajebistość prowadzi do upośledzenia. Nie jesteście fajni, nie jesteście zajebiści. Co zrobić, by to zmienić?

Nie, nie powiem “być sobą”, bo to frazes tak pusty jak mój portfel po kazdej wizycie na stacji benzynowej. Nie moi drodzy. Całe masy ludzi aspirujących do fajności przez lata oszukują samych siebie i innych, że to nudne gówno, które czytają\oglądają\odsłuchują, im się podoba. Po jaką cholerę? Wiadomo, że najlepszą rozrywką, odskocznią od rzeczywistości, są dzieła nie silące się na żaden górnolotny przekaz, rzeczy, które nie ukrywają swojej prostackości i beztreściowości pod płaszczykiem wyszukanego języka, cudacznych filtrów na obiektyw kamery i miliona bajerów kompozycyjnych. Dlatego w byciu fajnym nie przeszkadza obejrzenie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, posłuchanie Michaela Jacksona i przeczytanie durnego, sześćsetnego zeszytu X-Menów. Wtedy przynajmniej nie robicie siebie samych w chuja.

W następnym (ostatnim zapewne) odcinku- braki w kulturze i elokwencji oraz obyczaje i przyzwyczajenia kulinarne, czyli o tym, jak się wypowiadać i co jeść, by nie zostać luzerem.