Archiwum kategorii 'Płeć nadrzędna' Category

08
mar

John Motherfucking Rambo (czyli o pięknie drzemiącym w prostocie i o ataku nostalgii)

Wróciłem (z kina i na Bloga jednocześnie) i powiem tak- znów poczułem sie gówniarzem, chodzącym codziennie do wypożyczalni kaset i łykającym nowości z półki przy kasie (za którą siedział dziwnym trafem facet uderzająco podobny do comic book guya z Simpsonów) , wydając kieszonkowe na drugie śniadanie. Bo takich filmów jak Rambo już nie robią. Prostych, w których nikt nie zadaje pytań “Skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?”, stworzonych tylko i wyłącznie ku uciesze gawiedzi, tnących wszelkie zbędne bzdety i przesłania na rzecz kultywowania pozbawionego głębszych treści MĘSKIEGO kina.

Dawno dobrze nie bawiłem się na seansie. Chadzałem na filmy z gatunku tzw. “trudnych”, “skłaniających do przemyśleń”, “posiadających drugie dno”. Były ciekawe, oczywiście, trafiło się kilka(naście) nudnych smętów o niczym oraz parę perełek i dzieł wybitnych , ale nie były to obrazy, które spowodowały, ze pokochałem kino za młodu. Bo film ma służyć rozrywce i nic w tym złego, że nie wskaże nam sensu istnienia. Coś, co umarło mniej więcej na początku lat 90, rzeczy, na których się wychowałem, pokroju Rambo, Die Hard, Krwawego Sportu, Brudnego Harry’ego, Indiany Jonesa i Życzenia Śmierci, odeszły w niepamięć i ustąpiły miejsca produkcjom albo “wyższej klasy”, albo bezdennie durnym komediom o ruchających sie nastolatkach. Zabrakło tego pięknego, ukochanego przeze mnie czynnika, tak zwanego “cosia”, który, mimo, ze filmy nie szczyciły się jakimiś górnolotnymi cytatami i prawdami o życiu, sprawiał, że przyciągały one przed ekran i trzymały w napięciu, choć i tak wiedzieliśmy, ze główny bohater na końcu wszystkim skopie dupska. Wszyscy znaliśmy zakończenie, zdawaliśmy sobie sprawę, że Clint zastrzeli każdego fagasa, który mu się napatoczy, Charlie Bronson wypatroszy z psychopatyczną przyjemnością przestępców wszędzie tam, gdzie się pojawi, Żan Klod wygra turniej, Indy nie zgubi kapelusza, McLane sypnie sarkazmem mordując trzysetnego terrorystę, a John Rambo ręcami swemi zakończy każdą wojnę.
Powtórzę- takich filmów, dla młodych chłopaków, którzy kochali bawić sie w wojnę, policjantów i złodziei czy w turniej karate na podwórku już nie robią. Czy raczej- zatrważająca większość twórców robić ich nie chce. Transformers to inna para kaloszy, był to orgazm dla geeków zakochanych w bzdurnej, ciągnącej się przez kilka lat reklamie plastikowych robotów zmieniających się w samochody, film przeznaczony (przynajmniej w Polsce) do wąskiego grona pokurwieńców mojego pokroju, uważających Optimusa Prime’a za figurę mesjańską. Mnie wielce uradował, ale nie był to obraz na miarę JOHNA RAMBO.

Każdy z odpowiedniego rocznika (a nawet ci młodsi, choć oni posiadają już inne wzorce i inną sferę odniesień kulturowych) wie, że Rambo to synonim jednoosobowej armii, człowiek, który ma testosteronu więcej w małym palcu, niż wszyscy faceci na ziemi razem wzięci (wyłączając Clinta). Postać całkowicie nierealna i mniej wiarygodna od Spidermana. A jednak każdy, kto zasiadał przed telewizorem i odpalał psu z gardła wyciągniętego, piętnaście razy piraconego VHSa na tajwańskim magnetowidzie, który rzęził niczym staruch pod respiratorem, uruchamiał tzw. suspended disbelief, zawieszał zdroworozsądkowe, logiczne myślenie na kołku w przedpokoju i z wypiekami na twarzy smotrił w ekran, a napięcie towarzyszące seansowi ściskało pośladki tak, że przy napisach końcowych były opuchnięte i spocone. Za takimi filmami tęsknił każdy, choć niewielu się do tego przyzna, gdyż lubić filmy z Rambo to automatyczny ostracyzm towarzyski i skazanie się na banicję, natychmiastowy wylot z elitarnego kręgu miłośników Francuskiej Nowej Fali.

Szczerze powiedziawszy, Sylwek to jedna z najbardziej niedocenionych postaci w światowym kinie. Wszyscy uskuteczniają jakieś śmiechy chichy, podśmiechujki, jadą po jego aktorstwie bez mydła i… być może mają rację. Nie zaprzeczam, że Sly ma cztery sztandarowe miny i wargi większe niż Angelina Jolie. Że cedzi zdania pod nosem, bełkotliwie. Że więcej wdzięku ma słup telegraficzny. Nawet, że mu sie jedna powieka nie domyka. Można wiele złego o gościu powiedzieć i nie pisnę słowem, ale zdać należy sobie sprawę, że facet jednak ma talent i posiada tyle energii i determinacji, że wszystkim, mianującym się prawdziwymi mężczyznami, powinna zmięknąć pyta. Bo sam zaparł się, napisał scenariusz o facecie napierdalającym z pięści w mrożone tusze wołowe i łaził po studiach filmowych tak długo, aż nie zatwierdzono jego skromnego projektu i nie nakręcono jednego z najlepszych dzieł w historii kinematografii, którego tytułu nie muszę podawać. Film ten miał wszystko- 5% dramatu i wzruszeń i 95% czystej, genialnej w swej prostocie, niczym nie skrępowanej i trzymającej za jaja do ostatniej sekundy akcji. Ktoś mógłby sie tam doszukiwać społecznej krytyki Ameryki, moralitetu o pokonywaniu przeciwności, dążeniu do własnego American Dream… Może to i prawda, gdyby zagłębić się w treść. Ale piękne w historii prostego boksera było to, że wcale od nas tego nie wymagała, działała na nas, nawet, jeśli nie wprawialiśmy w ruch trybików we własnej czaszce, wyłączaliśmy myślenie i pozwoliliśmy płynąć przez nas podświadomie emocjom, kibicowaliśmy sepleniącemu Włochowi całym sercem, zaś mózg nie był nam do tego potrzebny.

Podobnie miała się sprawa z drugim najsłynniejszym obrazem Stallone’a. Znów recepta “5% wznioślejszych treści, 95% kopania po mosznie” sprawdziła sie doskonale. oczywiście, John był wyrzutkiem, niedopasowanym do społeczeństwa freakiem, którego wojna nie nauczyła niczego poza skutecznym mordowaniem bliźnich. Chłop został pozbawiony duszy i takie tam. Ale schodziło to na daleki plan i tak naprawdę miało tylko zbudować nam obraz faceta, który nie cofnie sie przed niczym i wszelkimi dostępnymi środkami utrudni (czytaj- odbierze) życie tym, którzy zaleźli mu za skórę. I znów serwowano widzom wygładzanie zwojów mózgowych czterdziestotonowym walcem, przez 100 minut cudownej jatki, jaką gieroj urządzał swym adwersarzom. Nic do dodania- John wygrywa (mimo, że wciąż nie może zaznać spokoju i ląduje za kratami). ZAWSZE wygrywa, no matter the odds. Opus Magnum kina spod znaku wybuchów i serii z RKMu.

No i nie zapomnijmy o muzyce, która stała się znakiem rozpoznawczym obu serii z Sylwestrem. Każdy jest w stanie zanucić motywy przewodnie- chwytliwe, bez zbędnej wirtuozerii, za to pasujące idealnie do klimatu owych opowieści.

I znów powtórzę niczym mantrę- takich filmów już nie ma. Zaś czwarta odsłona Rambo to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Bo jest to właśnie tytułowe “piękne, bo proste” kino. W dobie rzekomo ostrych filmów z ograniczeniem wiekowym PG-13, gdy na ekranie nie może pojawić się choćby skrawek nagiego cyca, słowo “kurwa” zamienia się na “motyla noga”, zaś ilość krwi odmierza się w takich normach, by zmieścić się w “teen friendly” ratingu, Rambo pierdoli wszelkie konwenanse i rzuca w odbiorcę wszystkim tym, czego mądre głowy zakazują w trosce o czystość i wrażliwość przeciętnego zjadacza burgerów. I co lepsze, nie robi w tego sposób tani, nie czyni z mięcha swej karty przetargowej. Chujowizny i smuty pokroju Hostel czy Piły jadą na jednym schemacie- brutalność. Jednak miast robić na widzu wrażenie, uderzają absurdalnością i zasłaniają się hektolitrami czerwonej farby, by ukryć ewidentny brak talentu scenarzystów, którzy próbują wcisnąć nam jakąś fabułę. Rambo, mimo tego, że epatuje flakami i fruwającymi kończynami i pomimo faktu, że skrypt miał pewnie trzy strony, z czego dwie i pół zapełniono onomatopejami wybuchów i wystrzałów, w żadnym miejscu nie daje nam odczuć, że mamy się jarać tylko i wyłącznie sceną, gdy komuś mina urwała nogę, albo że paskudni żołdacy pacyfikują wioskę, palą, rabują i gwałcą, a nawet wrzucają niemowlęta do płonących domów. Owszem, jest to czasami komiksowa przesada, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę setting i tematykę filmu- przerażające okrucieństwo ma uzasadnienie, nie służy tu za główny atut, a jest tylko NIEZBĘDNYM dodatkiem do tego, co najważniejsze w tym obrazie- do Johna (motherfucking) Rambo. Faceta, który nie musi mówić co myśli. Faceta, który nie musi w ogóle myśleć. Faceta, który robi to, co do niego należy. To, co potrafi najlepiej. To, do czego został stworzony. Bez zbędnego pieprzenia, bez chwili refleksji. Amen.

Tak, wiem, cała fabuła to tylko preteks, by ukazać, jak zajebisty jest Rambo. A powiadam wam, miejscami skali brakuje, by ogarnąć jego moc. Człowiekowi sie gęba cieszy, gdy bohater ma wyjebane na wszystkich wokół i pustelniczy w dżungli, rzucając półsłówkami i cały swój stosunek do świata wyrażając jedynie zimnym spojrzeniem. Jeszcze większy uśmiech pojawia się na twarzy, gdy wkracza do akcji i własnoręcznie wybija wrażą dywizję przy pomocy łuku, maczety i KMu zainstalowanego na dżipie. Okej, ma kilku pomagierów, ale nie oszukujmy się- ten film od początku do końca performancem Stallone’a stoi. Przecież to 61-letni dziadek, a skacze, biega i skrada się cichcem za plecy biednych żołnierzy z wprawą dwudziestolatka. Cholera, ma lepszą kondycję od większości dwudziestolatków na tej planecie. Połączmy teraz wielkiego jak dąb, silnego jak wkurwiony słoń, zwinnego jak Ninja, niezawodnego jak Kałasznikow wojownika ze ślicznymi, sielankowymi wręcz zdjęciami wiecznie zielonej dżungli, zraszanej co i rusz karmazynową posoką wylatującą z każdej możliwej części ciała oraz muzyczny podkład dopełniający obrazu całości i otrzymamy mieszankę dostarczającą porcji ROZRYWKI, jakiej dawno nie zaznaliśmy w kinie. Głupiej? Tak. Prostackiej? No jasne. Niewymagającej? Oczywiście. Ale naprawdę satysfakcjonującej i potrafiącej uwolnić tyle adrenaliny, że nie da się usiedzieć prosto w fotelu. Rambo zafundował mi powrót do przeszłości, do czasów, gdy podczas seansu młodzieńcze emocje brały górę nad rozumowaniem i do cudownych gówniarskich chwil, które pozwalały czerpać radość z tego, że dobro znów zatryumfowało, a wszystkie paskudne skurwysyny leżą rozprute seriami z karabinu. Zasłużyli sobie i nie zastanawiam się nad jungowskim dualizmem człowieka, nie rysuję portretu psychologicznego niewzruszonego sprawcy całego zamieszania, stojącego dumnie pośród sterty ciał. John dokonał dzieła i w kąciku mego oka pojawia się łza wzruszenia, bo dzięki niemu przypomniałem sobie wszystkie cudowne i zostawione za sobą szczenięce lata.

A żeby jeszcze samego Rambo było mało, przed filmem poczęstowano mnie trailerem nadchodzącego czwartego Indiany. Pomimo, ze widziałem go już trzydzieści razy we wszystkich możliwych formatach i jakościach, ogarniało mnie błogie uczucie spełnienia. Wszystko zapowiada, że AD 2008 będzie dla mnie wspaniała okazją do nostalgicznego rozpamiętywania cudownych momentów mego żywota, kiedy nikt nie słyszał o Internecie, multipleksach, DVD i Pokemonach, zaś rozrywką po szkole było chodzenie do kumpli pograć na SNESie tudzież Amidze, a każdy chłopak na podwórku znał na pamięć Poszukiwaczy Zaginionej Arki i Terminatora. Such good times…

To będzie dobry rok. Thank You for that, John. Thank You with all my heart.

————————————

Editorial sidenote: Tak, wróciłem na dobre. Przez ostatnie miesiące pracowanie na to, by się ubrać, wyżywić i korzystać z rozrywek zawalało mi cały grafik, ale cóż, nawet Ninja musi czasem porzucić charytatywne nauczanie pospólstwa na rzecz bardziej przyziemnej pogoni za kasą, która podobno szczęścia nie daje, ale życie ułatwia i pozwala na uzyskanie dostatecznej płynności finansowej, by obiegać się o kredyt mieszkaniowy oraz umożliwia wyjazdy do miejsc trochę mniej nudnych niż Rzeczpospolita. Stay Tuned, aktualizacje nie będą już zabierały pół roku. Tak, odpowiem też na wszystkie hate comments i hate mails, misie pysie.

13
lis

Wzorzec mężczyzny

Wczoraj sobie poszedłem na nową wersję 3:10 to Yuma. Zdatne do spożycia, choć oryginał lepszy, bo mniej przekombinowany i wydumany. Miło się oglądało aczkolwiek do odpowiedniego odbioru tego filmu potrzebna jest drobna doza chłopięcej miłości do westernów (nie, Brokeback Mountain nie należy do gatunku westernów, plasuje się raczej w tej samej kategorii co filmy z Sandrą Bullock), które wraz z komiksami i disco relaxem w Polsacie o poranku wychowały mnie na porządnego człowieka.

Ale co z tą Yumą i jak to się ma do dzisiejszego wykładu waszego ulubionego/znienawidzonego wykładowcy? A no tak sobie patrzyłem na grę zarówno generała Maximusa, jak i już wyrośniętego panicza Jamesa, co chciał batonik Hersheya. Mimo, że się starali ze wszystkich sił, robili groźne grymasy i starali się być twardsi niż stolec po trzydniowej imprezie, to nie przybliżyli się nawet o metr do Niego. Do ideału. Do wzorca prawdziwego mężczyzny.

W zasadzie na którego bym dziś faceta nie spojrzał (tak, siebie także wliczam, mimo całej mojej zajebistości), kogo bym z Nim nie porównywał, nikt nie może osiągnąć choćby promila Jego geniuszu. Teraz w modzie wymuskane pipki, na srebrnym ekranie, w kolorowych magazynach, na scenie czy na ulicy. Takie ładne chłopaki, na widok których dzierlatkom poziom kisielu wzrasta trzykrotnie. Cóż z tego, że przystojni, może nawet niektórzy wykształceni, oczytani, zabawni? Chuj z tego, moi mili.

Jaki by współczesny mężczyzna nie był, nigdy nie będzie w stanie zabić samym wzrokiem. Żaden z nas, niestety, nie zrobi takiej obojętnej miny podczas mordowania kolejnej setki jakichś fagasów. Ani jeden facet nie osiągnie takiego tembru głosu, który powodowałby natychmiastowe luzowanie zwieraczy. Wielu próbowało, but there can be only one.

To gość, który może zagrać mopa do podłogi, a i tak będzie z niego badass motherfucker. Choćby ubrano go w strój Teletubisia, gdyby nawet wystąpił w teledysku Green Daya, albo w reklamie Domestosa- zawsze będzie bezdyskusyjnie miażdżył pytę.

Dlaczego nikt nigdy nie osiągnie jego poziomu? Okej, wciąż jeszcze są miejsca na podium do obsadzenia, przy na drugim stoi Gregory Peck, a o trzecie bije się Sean Connery z Humphreyem Bogartem, zaś w kolejce czekają jeszcze na swój czas Christopher Walken i Charles Bronson. Tak, wiem, że trzech z tych panów nie żyje i są raczej mało skorzy do bitki w takim stanie, ale przynajmniej o nich ktoś pamięta, po was zaś nie zapłacze nikt, nawet wasza rodzina, a to z tego powodu, że do tej pory nie zdawaliście sobie sprawy z Jego zajebistości , therefore- you suck better than Heather. (uwaga, niniejszy dowcip z siorbaniem zrozumieją zapewne nieliczni. Jeśli jesteś jedną z tych osób, które nie załapały, cóż, you suck even more)

Ale ale, bo my tu o zasysaniu, a przecież uciekamy od głównego tematu. Dlaczego On jest wzorcem mężczyzny doskonałego? Oto zbiór jasnych, klarownych odpowiedzi:

  • Nigdy nie był młody. Jak wszyscy wiemy, młodość, a szczególnie okres pomiędzy sraniem w pieluchy a pierwszym umoczeniem w czymś innym niż kostka masła, to czas absolutnego braku szarych komórek. Każdy poza Nim był kiedyś dzieckiem. On zaś od razu pojawił się na ziemskim łez padole z trzydniowym zarostem, cygarem w zębach i paskudnym grymasem na twarzy. Widzieliście Go kiedyś młodego? No właśnie.
  • Mordował niewinnych (choć, co jest jasne, wszyscy są winni, mniej lub bardziej) z uśmiechem na ustach
  • Przeprowadził eutanazję
  • Poleciał w kosmos
  • Zastrzelił Gene’a Hackmana (a innym razem go pogrążył)
  • Nawet w chujowym romansie mówił tak, że ptaki spadały z niebios a rzeki cofały bieg
  • Wystąpił w musicalu (gdyby jeszcze było to Blues Brothers…) i nawet tam pokazał klasę
  • Uciekł z Alcatraz
  • Nie wyglądał na geja nawet w różowym Cadillacu
  • Cytowano go (trzykrotnie!) w Falloucie 2
  • Nawet gdy się uśmiecha, zwiastuje to burzę z piorunami i gradobiciem
  • Wykoleił pociąg. Niejeden.
  • Ma kilka poświęconych sobie pieśni, jedna ma nawet jego imię i nazwisko jako tytuł
  • Nie mówi dużo. Działa, miast marnować energię na zbędną konwersację
  • Nawet w ortalionowym dresie wzbudza postrach
  • Przeżył lotniczą katastrofę (i nie mówię tu o filmach, a o prawdziwym, brutalnym życiu)
  • Okradł nazistowski bank
  • Grał w filmach z wielkimi potworami (a oczywistą sprawą jest, że wielkie potwory są w pyte)

Jeśli ktokolwiek łapie się na chociaż 1/4… no, nie bądźmy aż tak rygorystyczni- 1/10 z tych podpunktów, moje gratulacje.

Ale nie cieszcie się zbytnio- i tak każdy ZAWSZE będzie mniej zajebisty niż  Clint.




Ninja counter

  • 17,532 hits

Why is Dr. Ninja awesome?

The answer is clear. Cause I'm a Ninja. Not some fucking pirate.

Being a Ninja is not easy, as you all may know. It takes effort, hard work and lots of pain to become one, only few manage to pass the Trials of Awesomness. And note, that a shinobi with a science degree isn't something common.

So you better listen to my advices, cause I'm probably smarter, better educated and most notably- more awesome than you'll ever be.