Archiwum dla sierpień, 2008

11
sie
08

Kolor pistacjowy nie istnieje

Idziemy na zakupy, by nabyć niebieską koszulkę, czarne skarpetki, czerwony marker i zieloną farbę do ścian.  Twierdzicie, że to proste zadanie? Nic bardziej mylnego. Nie dostaniecie zwykłego niebieskiego tiszerta, znajdziecie go za to w kolorze akwamaryny, paryskiego błękitu, chabru a nawet (uwaga, to jeden z moich ulubionych ) lapis-lazuli. Skarpetki nie będą po prostu czarne, za to uśmiechnięta ekspedientka zaproponuje wam grafit, antracyt, węgiel lub marengo. Dorwanie  czerwonego markera tez może nastręczać trudności, bo za każdym razem, gdy wybieram się na wycieczkę po sklepach, zaczyna mnie przerażać fakt, że tylko ja słyszałem o takim kolorze jak czerwień, podczas gdy reszta świata posługuje się pisakami o barwie rubinowej, koralowej, burguda lub bordo. Jeśli zaś najdzie mnie ochota na zieloną ścianę, mam dokumentnie przejebane, bo “zieleń” nie figuruje w katalogach Dekoralu, w zamian oferuje się klientom odcień pistacjowy, malachitowy, seledynowy czy (kolejny z moich faworytów) weroński.

Wyjaśnijmy coś sobie- kolory dzielą się na jasne, ciemne, oczojebne oraz mieszane (tudzież “wpadające w…”). Kobiety zapewne poczują teraz swą wyższość nad mężczyznami, ale nie mają ku temu powodów. Dlaczego? Dyskutując o różnorakich barwach i wykładając swoje racje, zrobiłem mały eksperyment z pomocą google i naszły mnie dwie refleksje- ludzie używający “pistacji” zamiast “jasnej zieleni” są najwyraźniej ślepi, a przy okazji spora część z nich nie potrafi się zdecydować, jaki kolor ma pieprzona pistacja.

Dowód? Po wpisaniu “pistacjowy” w imperialistyczną wyszukiwarkę, znalazłem becik…

…oraz koszulkę (tak, na zdjęciu znajdują się również cycki, lecz tym razem nie są one przedmiotem dyskusji):

Natomiast po wyszukaniu “jasny zielony” odnalazłem taki oto kolor:

Zaraz zaraz, czyżby to oznaczało, że “jasny zielony” i “pistacjowy” to w zasadzie to samo? Oczywiście, widać (drobną) różnicę, ale można to wyjaśnić tym prostym faktem, że (jeśli brać pod uwagę wyniki wyszukiwania w googlu i zwyczajną gadkę ze znajomymi) ludzie używają takiego określenia na wszystko, co jest “jasne” i “zielone”.

Przykład? “pistacjowy brokat” z Allegro:

Różni się od poprzednich? Znacznie. Pomimo tego, osobnik wystawiający przedmiot, określa ów jasnozielony pyłek “pistacją”.

A co powiecie na pistacjowy czajnik?

Można dostać oczopląsu. Także różni się od powyższych przykładów, ale wciąż sprzedawcy tego powodującego ślepotę sprzętu AGD chodzi o prostą, jasnozieloną barwę, którą kamufluje się jako tę nieszczęsną pistację.

Idźmy dalej. Tym razem zajmiemy się “ciemnym czerwonym”.  Oto, co wyskakuje w googlu:

Teraz wpiszmy “bordo” i naszym zmęczonym od tej feerii barw oczom ukazują się spodnie:

A co znajdziemy pod hasłem “burgund”? Polar:

Chwileczkę, cóż to? TEN SAM sklep internetowy ( check it: http://www.promoshop.pl/index.php ) w swym katalogu posiada również “burgundową” bluzę, która wygląda tak:

Uno momento, czy mi się tylko wydaje, czy też ktoś tu nie potrafi się zdecydować, jakiego koloru jest odzież, którą sprzedaje? Czy to czasem nie jest purpura? A może fokstrot? Uwaga, pro tip od wojownika Ninja- wszystkie powyższe ciuchy są ciemnoczerwone. Oczywiście, mają odmienne odcienie, daltonista też to spostrzeże. Ale wystarczy napisać “ciemna czerwień” i WSZYSCY zrozumieją. W końcu mają zdjęcie, widzą ciemnoczerwony produkt.

“Ale panie doktorze, przecież jeśli ktoś użyje prostego sformułowania zamiast wyszukanej nazwy, nie odda w pełni o jaki kolor mu chodzi!”- zakrzykną zapewne miłośnicy paryskich butików oraz spora część kobiet. Przyjrzyjcie się jeszcze raz powyższym przykładom. Nawet w obrębie jednej, fikuśnej nazwy zauważa się mniejsze lub większe sprzeczności. Jako orędownik prostoty i zwolennik konkretów proponuję, byście zaprzestali pierdolić głupoty. Gdy wchodzicie do sklepu, wiecie, że chcecie sobie kupić żółtą kieckę. Może być ona jaśniejsza bądź ciemniejsza, ale wciąż pozostanie ŻÓŁTA. To nie jest kanarkowy. Nie, to żaden chamois. Ani ochra. To po prostu ŻÓŁTY. Możliwe, że sprany, możliwe, że intensywny, ale nigdy nie stanie się wyjątkowy i niepowtarzalny, nadal będzie ŻÓŁTY, do kurwy nędzy. Zapewne dla projektanta mody  pokaźny stolec, który zostawia w toalecie po imprezie z okazji prezentacji nowej kolekcji, jest w kolorze mahoniu, spiżu, palonej sjeny lub cynamonu, ale jakby nie nazwał barwy swoich fekaliów, nie sprawi, że przestaną być BRĄZOWE. Chyba, że catering zafunduje mu na przyjęciu nieświeże małże.

I jeszcze jedna, ważna rzecz, którą warto wziąć pod rozwagę. Podżeracie sobie pistacje (tak, wiem, powtarzam się, cóż poradzę, że uwielbiam ten prosty przykład?) z torebki. Przyjrzyjcie się im i zastanówcie, czy ktoś o zdrowych zmysłach powie, ze pistacja ma kolor “pistacjowy”? Gdy kupujecie sobie na czarnym rynku figurkę Zulusa z kości słoniowej, jakiej jest barwy? “Kości słoniowej”? Nawet buddyjscy mnisi by się pochlastali, napotykając na swej drodze takie masło maślane. Pistacje są jasnozielone. Kość słoniowa jest biało-żółta. Świat będzie szczęśliwszym miejscem, jeśli, tak jak ja, będziecie hołubić prostotę.

———
Tekst inspirowany rozmową z dwoma słuchaczkami wykładów. Któż inny, jeśli nie kobiety, mógł mnie skłonić do poświęcenia takiej ilości miejsca tak banalnemu tematowi?