Archiwum dla marzec, 2008

08
mar

Jak być dobrym klientem?

Jak na swój wystarczająco młody wiek (starości przy moim trybie życia raczej nie dożyję), mam całkiem imponującą liczbę wykonywanych zawodów w CV, w tym jeden, który, mimo, że dawał mi sporo swobody i radochy, równocześnie był wybitnie wkurwiający ze względu na to, że była to branża usługowa o bardzo wąskiej specjalizacji, a co za tym idzie- poza promilem osób normalnych i komunikatywnych, trafiało się w większości na ułomną nieletnią dziatwę i rzekomo dojrzałych ludzi o inteligencji i aparycji glonojada. Pół biedy, gdyby była to wyłącznie komunikacja via Internet, która była częścią owej roboty. Niestety, należało rozmawiać z wiecznie marudzącymi kretynami również face to face.

Praca w owych usługach (które są podstawą każdej kapitalistycznej gospodarki) ma swoje niezaprzeczalne zalety. Pod warunkiem, ze jest się odpornym na idiotów, a ja niestety cierpię na brak jakiejkolwiek tolerancji na pierdolenie głupot. Problem w tym, że harując w tej gałęzi handlu, trzeba znosić największych pokurwieńców, jakich natura na świat wydała, jednocześnie zachowując zimną krew i posiadając szeroki uśmiech na gębie. Pieprzone “Nasz klient, nasz pan”.
Jeśli nie będziemy mili i sympatyczni, nawet dla pojeba zza lady, który nie mył się od dwóch tygodni, przed chwilą żarł koreczki śledziowe w occie i pyta po raz trzydziesty w tym miesiącu o to samo, nadmieniony delikwent uda się do konkurencji (oraz poleci zrobić to samo swoim równie paskudnym i irytującym kumplom, choćby byli to tylko internetowi towarzysze umilający mu czas dyskusjami na forach internetowych w przerwach pomiędzy kolejnymi masturbacjami) i szefostwo potrąci nam to z premii, gdy wyliczy spadek dochodów, a jedzenia, paliwa, ciuchów oraz drobnych uszczęśliwiaczy za darmo nikt nie rozdaje. Szczególnie zaboli to, gdy ktoś nie toleruje kartofli ze smalcem i lubuje się w rzeczach z nieco wyższej półki (czemu te jakże zajebiste beef jerky i red bull muszą mnie tyle kosztować?), porusza się po mieście klimatyzowanym wozem, nie nosi swetrów po dziadku, a dodatkowo ma nałóg nikotynowy, lubi wypić i pójść do kina raz czy dwa w tygodniu.

Na szczęście to już za mną, od stycznia jestem kowalem swego losu, freelancerem pracującym we własnym, ciepłym domu, na zlecenie, z giętkim, łatwym do modyfikacji terminarzem zajęć i z umiejętnościami na tyle przydatnymi i cenionymi, że to nie ja szukam kolejnych pracodawców, ale pracodawcy szukają mnie. Jak się chwalić, to po całości. Lecz dość o moim kolejnym sukcesie odniesionym wbrew przewidywaniom przeciwników, wbrew utartym wzorcom, że tylko wyższe wykształcenie pozwala na godziwe zarobki (stopień doktorski otrzymałem honorowo od międzynarodowej kapituły, nie zaś dzięki zasadzie “trzech Z”) i na złość tym wszystkim smutnym studenciakom, którzy po pięciu latach zakuwania zupełnych bzdetów nie mają wystarczającej ilości praktycznego doświadczenia, by zatrudniono ich choćby do rozwożenia palet z proszkami do prania w Biedronce (to zresztą temat do poruszenia przy innej okazji). Let’s get back to the business.

Przypomnijcie sobie, szanowni wymagający klienci, ileż to razy marudziliście na niemiłą panią ze spożywczego na rogu. Jak wielokrotnie rzucaliście kurwami po odejściu od kioskowego okienka, bo akurat skończył się przed pięcioma minutami Przegląd Sportowy, albo że sprzedawca nie ma wam jak wydać dwóch stów, które wykładacie na tackę, gdy kupujecie paczkę cudownych gum wybielających zęby, odświeżających oddech i sprawiających, że penis wam urośnie, a pryszcze znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (przynajmniej tak mówili w reklamie) i to wszystko za jedyne trzy pięćdziesiąt .

A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście po drugiej strony barykady. Że nie jesteście kutafonem, który uważa, iż wszystko mu się należy, tylko niewinnym wyrobnikiem obsługującym kasę, na którym zwykle wyładowywaliście swe frustracje, przez co on wyładuje swoje własne na następnym kliencie, dzięki czemu kółeczko wzajemnej nienawiści się zamknie i toczyć się będzie, aż w końcu cały świat imploduje pod wpływem nagromadzonego wewnątrz nas wszystkich wkurwienia.

Jeśli trudno wam wyimaginować, ze musielibyście znosić ludzi równie denerwujących jak wy sami, pozwólcie, że pomogę, bo w końcu od tego tutaj jestem. Notujcie pilnie, a być może kiedyś dzięki temu nie dojdzie do naszej samozagłady, zaś gdy powitacie kolejnego napotkanego peona zapierdalającego na kasie uśmiechem, on odpowie wam tym samym, nie zaś grymasem obrzydzenia, skrywanym pod fałszywym płaszczykiem uprzejmości.

W jaki sposób być dobrym klientem? Oto proste zasady, które ułatwią życie zarówno wam, jak i tym, którzy mają za zadanie dostarczyć wam to, czego chcecie.

  • Czytaj pieprzone szyldy i karteczki na drzwiach. Jeśli nad wejściem do danego przybytku usługowego wisi tablica informująca o tym, iż za chwilę wkroczysz do sklepu z elektroniką, nie pytaj przy kasie o pokrowce na siedzenia do swojego Poloneza. W modelarskim nie posiadają akcesoriów do zabaw Sado-Maso, a w księgarni nie sprzedają biletów autobusowych. Dziwnym trafem jednak naród nasz tak bardzo pogrążył się w analfabetyzmie, że nawet z przetworzeniem informacji wiszącej tuż przed jego oczami ma spore problemy. Napisaliśmy, że zamknięte, to ZAMKNIĘTE, nie ciągnij jak idiota za klamkę, nie stanie się cud i drzwi się nie otworzą. Wywiesiliśmy tekst napisany czcionką rozmiaru 72 dotyczący braku jakiegoś towaru, więc nie pytaj o niego, do jasnej cholery. I nie, u nas nie kupisz nici dentystycznej. Wiem, że w Misiu w kiosku sprzedawali mięso, ale do niektórych to może jeszcze nie dotarło- to był tylko żart, nie nabędziecie tam wątróbki . Z kumplami stworzyliśmy specjalną listę, na której spisywaliśmy co ciekawsze zapytania i żądania klienteli. Dość powiedzieć, że geniusze chcący kupić w księgarni szybkowary, futra i odtwarzacze video nie byli najdziwniejszymi z przypadków. Mówię serio.
  • Mamy w dupie twoje życie osobiste i twoje poglądy. Sklep to nie poradnia psychologiczna. To, że pojawiasz się tam regularnie, bo, dajmy na to, masz po drodze z pracy lub mieszkasz blisko, nie czyni cię automatycznie przyjacielem osoby stojącej za ladą, nie będzie twoim powiernikiem, jeśli sama o tym nie zadecyduje i nie uzna, ze jesteś materiałem na kogoś więcej, niż na kolejnego patafiana, który zapewnia jej robotę. Urocza, krótka rozmowa, tzw. small talk o pierdołach, powinien być, zgodnie z nazwą treściwy, szybki i prosty. To znaczy: Dwie minuty gadki o recesji rynkowej, o zbliżających się nowościach, lub na przykład małe napomknięcie o wczorajszym meczu ligowym- tak, nie ma sprawy, chętnie zamienię słowo. Półgodzinna mentalna tortura sprzedawcy opowieścią, jak sie ostatnio chlało z ziomalami lub o tym, że rzuciła cię kobieta- stanowcze nie, mam to gdzieś, przestałem cię słuchać po drugim zdaniu i odpłynąłem na chwilę do krainy wiecznej szczęśliwości, wytworzonej w mym umyśle, by zagłuszyć twoje pieprzenie. Próba nawiązania jakiejkolwiek dyskusji o polityce- wypierdalaj i nie wracaj, nie obchodzi mnie, ze stracę pracę i grozi mi prokurator, satysfakcji ze zbluzgania cię i wepchnięcia pod ciężarówkę nikt mi nie odbierze.
  • Higiena osobista i wygląd zewnętrzny na odpowiednim poziomie są niezbędne, by wejść do sklepu. Powtarzam to po raz bodaj dziesiąty w swoich wykładach, ale ostrożności i napominania (czy też raczej- błagania) o mycie się nigdy za wiele. Naprawdę utrudniasz komunikację interpersonalną, jeśli muchy uciekają od twojego smrodu, a na tłuszczu z twych włosów można usmażyć kilogram frytek. Sprzedawca podaje ci towar czystymi rękami (jeśli tak nie jest, zgłoś to do jego szefa, masz pełne prawo), ale jak ma przyjąć wymiętolone w twoich spoconych, syfiastych dłoniach dziesięć złotych bez narażania się na zarażenie jakimś kurewstwem, przez które nabawi się bezpłodności, hiszpańskiej grypy i sepsy jednocześnie?
  • Nie pluj jadem. O ile sam sprzedawca pierwszy nie zapałał do ciebie wyraźną wrogością i nie wyskoczył do ciebie z mordą, nie powinieneś i nie jesteś upoważniony do werbalnego wylewania mu na głowę wiadra pomyj. Agresja w niczym ci nie pomoże, nie sprawi, że nagle w powietrzu zmaterializuje się upragniony przez ciebie produkt, ani tym bardziej nie spowoduje, że człowiek, którego jesteś klientem, sprowadzi ci go szybciej lub przypomni sobie o jednym, ostatnim egzemplarzu na zapleczu.
  • Noś drobne, bądź tak miły i poszukaj końcówki w portfelu. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo ułatwia to sprawę nie tylko sprzedającemu, który nie musi wydłubywać nic nie wartych miedziaków z dna kasy (których ZAWSZE brakuje, bo przed tobą było dwudziestu innych, płacących Władysławem Jagiełłą za produkt kosztujący złoty dziewięćdziesiąt), ale także tobie, bo szybciej zakończysz transakcję, miast tracić czas na bezproduktywną irytację ze zniecierpliwienia. Ba, również ci, którzy stoją w kolejce za tobą będą bardziej zadowoleni, bo mogą wtedy szybciej przystąpić do płacenia i prędzej cieszyć się nowo poczynionym zakupem. Sprawdź, czy aby nie masz tych durnych dwudziestu groszy, nawet jeśli nie, człowiek zza lady doceni taki niewielki wysiłek z twojej strony. Zapamiętaj, na pobliskiej poczcie i w banku ZAWSZE mają tyle drobniaków, że nie wiedzą co z nimi zrobić, z chęcią wymienią ci twój gruby zwitek banknotów na mniejszy bilon. Jeśli regularnie kupujesz jeden produkt, jego cena nie pójdzie w górę z dnia na dzień, zaś jeśli w końcu się zmieni, na pewno o niezbyt dużą kwotę. Zatem wiesz, że coś jest po trzy złote, więc przygotuj sobie właśnie tyle. Nie dwa, nie cztery, lecz trzy złote będzie sumą, którą uprzednio odliczysz. To zajebiście ważna wskazówka.
  • Nie macaj produktów. Stare żydowskie przysłowie powiada, że towar macany należy do macanta. I nie tyczy się to jedynie produktów spożywczych, ale każdego asortymentu podatnego na uszkodzenia. Możesz sobie obejrzeć daną książkę, pismo czy komiks, przeczytać malutki fragment, by sprawdzić, czy warto daną rzecz kupić. Masz prawo zdjąć film z półki i przyjrzeć się pudełku, zobaczyć opis fabuły, poprosić o pokazanie butelki dobrego bourbonu lub ocenić stan fikuśnego czajniczka z fajansu, by upewnić się, czy aby nie posiada żadnych rys lub obitych ścianek. Ale niech do ciebie dotrze, że dopóki za coś nie zapłaciłeś, nie jest twoje a to, że leży sobie swobodnie na półce, a nie za pancerną szybą, nie oznacza, że ujdzie ci na sucho niecne wykorzystanie tej rzeczy. Jeśli masz dziurawe ręce, cierpisz na Parkinsona albo nie wiesz do tej pory, po co ci przeciwstawny kciuk- nie dotykaj tego cholernego czajniczka ani butelki alkoholu. Nie zdejmuj folii z DVD, by sprawdzić, czy w środku na pewno jest płyta i czy nie jest porysowana, poproś o to sprzedawcę. Oddzielny i najbardziej znienawidzony rodzaj macaczy to empikowi skurwiali smierdziele, należący do gatunku czytaczy, którzy nie przepuszczą żadnej papierowej publikacji i wysmarują ją swoimi paluchami oraz pozaginają strony, a przeczytawszy ją w całości, odstawią nie nadający się już do sprzedaży egzemplarz na półkę. Stoją w mojej hierarchii niżej od islamistów, komarów i pijanych rowerzystów. To rodzaj sępów, korzystających z uprzejmości sprzedawcy i cieszących się czyjąś ciężką pracą za darmochę. Jeśli do takowych należysz, powinieneś zostać związany marynarskim sznurem i wystawiony na widok publiczny z pokaźną marchwią wepchniętą w anusa.
  • Proszę, dziękuję, do widzenia. Czy muszę dodawać coś więcej?

Zapamiętaliście? Oby, bo jak każdy szanujący się obywatel chcę, by wszystkim było miło i wesoło, ale niektórzy wybitnie przeszkadzają w realizacji tego planu, czerpiąc satysfakcję z własnej głupoty.

———————-

Wszystkie podobieństwa do prawdziwych zdarzeń i osób zamierzone z pełną premedytacją. Ci, którzy odnajdą w tym tekście własne zachowania, powinni zgłosić się dobrowolnie do testowania nowych leków i środków owadobójczych.

08
mar

John Motherfucking Rambo (czyli o pięknie drzemiącym w prostocie i o ataku nostalgii)

Wróciłem (z kina i na Bloga jednocześnie) i powiem tak- znów poczułem sie gówniarzem, chodzącym codziennie do wypożyczalni kaset i łykającym nowości z półki przy kasie (za którą siedział dziwnym trafem facet uderzająco podobny do comic book guya z Simpsonów) , wydając kieszonkowe na drugie śniadanie. Bo takich filmów jak Rambo już nie robią. Prostych, w których nikt nie zadaje pytań “Skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy?”, stworzonych tylko i wyłącznie ku uciesze gawiedzi, tnących wszelkie zbędne bzdety i przesłania na rzecz kultywowania pozbawionego głębszych treści MĘSKIEGO kina.

Dawno dobrze nie bawiłem się na seansie. Chadzałem na filmy z gatunku tzw. “trudnych”, “skłaniających do przemyśleń”, “posiadających drugie dno”. Były ciekawe, oczywiście, trafiło się kilka(naście) nudnych smętów o niczym oraz parę perełek i dzieł wybitnych , ale nie były to obrazy, które spowodowały, ze pokochałem kino za młodu. Bo film ma służyć rozrywce i nic w tym złego, że nie wskaże nam sensu istnienia. Coś, co umarło mniej więcej na początku lat 90, rzeczy, na których się wychowałem, pokroju Rambo, Die Hard, Krwawego Sportu, Brudnego Harry’ego, Indiany Jonesa i Życzenia Śmierci, odeszły w niepamięć i ustąpiły miejsca produkcjom albo “wyższej klasy”, albo bezdennie durnym komediom o ruchających sie nastolatkach. Zabrakło tego pięknego, ukochanego przeze mnie czynnika, tak zwanego “cosia”, który, mimo, ze filmy nie szczyciły się jakimiś górnolotnymi cytatami i prawdami o życiu, sprawiał, że przyciągały one przed ekran i trzymały w napięciu, choć i tak wiedzieliśmy, ze główny bohater na końcu wszystkim skopie dupska. Wszyscy znaliśmy zakończenie, zdawaliśmy sobie sprawę, że Clint zastrzeli każdego fagasa, który mu się napatoczy, Charlie Bronson wypatroszy z psychopatyczną przyjemnością przestępców wszędzie tam, gdzie się pojawi, Żan Klod wygra turniej, Indy nie zgubi kapelusza, McLane sypnie sarkazmem mordując trzysetnego terrorystę, a John Rambo ręcami swemi zakończy każdą wojnę.
Powtórzę- takich filmów, dla młodych chłopaków, którzy kochali bawić sie w wojnę, policjantów i złodziei czy w turniej karate na podwórku już nie robią. Czy raczej- zatrważająca większość twórców robić ich nie chce. Transformers to inna para kaloszy, był to orgazm dla geeków zakochanych w bzdurnej, ciągnącej się przez kilka lat reklamie plastikowych robotów zmieniających się w samochody, film przeznaczony (przynajmniej w Polsce) do wąskiego grona pokurwieńców mojego pokroju, uważających Optimusa Prime’a za figurę mesjańską. Mnie wielce uradował, ale nie był to obraz na miarę JOHNA RAMBO.

Każdy z odpowiedniego rocznika (a nawet ci młodsi, choć oni posiadają już inne wzorce i inną sferę odniesień kulturowych) wie, że Rambo to synonim jednoosobowej armii, człowiek, który ma testosteronu więcej w małym palcu, niż wszyscy faceci na ziemi razem wzięci (wyłączając Clinta). Postać całkowicie nierealna i mniej wiarygodna od Spidermana. A jednak każdy, kto zasiadał przed telewizorem i odpalał psu z gardła wyciągniętego, piętnaście razy piraconego VHSa na tajwańskim magnetowidzie, który rzęził niczym staruch pod respiratorem, uruchamiał tzw. suspended disbelief, zawieszał zdroworozsądkowe, logiczne myślenie na kołku w przedpokoju i z wypiekami na twarzy smotrił w ekran, a napięcie towarzyszące seansowi ściskało pośladki tak, że przy napisach końcowych były opuchnięte i spocone. Za takimi filmami tęsknił każdy, choć niewielu się do tego przyzna, gdyż lubić filmy z Rambo to automatyczny ostracyzm towarzyski i skazanie się na banicję, natychmiastowy wylot z elitarnego kręgu miłośników Francuskiej Nowej Fali.

Szczerze powiedziawszy, Sylwek to jedna z najbardziej niedocenionych postaci w światowym kinie. Wszyscy uskuteczniają jakieś śmiechy chichy, podśmiechujki, jadą po jego aktorstwie bez mydła i… być może mają rację. Nie zaprzeczam, że Sly ma cztery sztandarowe miny i wargi większe niż Angelina Jolie. Że cedzi zdania pod nosem, bełkotliwie. Że więcej wdzięku ma słup telegraficzny. Nawet, że mu sie jedna powieka nie domyka. Można wiele złego o gościu powiedzieć i nie pisnę słowem, ale zdać należy sobie sprawę, że facet jednak ma talent i posiada tyle energii i determinacji, że wszystkim, mianującym się prawdziwymi mężczyznami, powinna zmięknąć pyta. Bo sam zaparł się, napisał scenariusz o facecie napierdalającym z pięści w mrożone tusze wołowe i łaził po studiach filmowych tak długo, aż nie zatwierdzono jego skromnego projektu i nie nakręcono jednego z najlepszych dzieł w historii kinematografii, którego tytułu nie muszę podawać. Film ten miał wszystko- 5% dramatu i wzruszeń i 95% czystej, genialnej w swej prostocie, niczym nie skrępowanej i trzymającej za jaja do ostatniej sekundy akcji. Ktoś mógłby sie tam doszukiwać społecznej krytyki Ameryki, moralitetu o pokonywaniu przeciwności, dążeniu do własnego American Dream… Może to i prawda, gdyby zagłębić się w treść. Ale piękne w historii prostego boksera było to, że wcale od nas tego nie wymagała, działała na nas, nawet, jeśli nie wprawialiśmy w ruch trybików we własnej czaszce, wyłączaliśmy myślenie i pozwoliliśmy płynąć przez nas podświadomie emocjom, kibicowaliśmy sepleniącemu Włochowi całym sercem, zaś mózg nie był nam do tego potrzebny.

Podobnie miała się sprawa z drugim najsłynniejszym obrazem Stallone’a. Znów recepta “5% wznioślejszych treści, 95% kopania po mosznie” sprawdziła sie doskonale. oczywiście, John był wyrzutkiem, niedopasowanym do społeczeństwa freakiem, którego wojna nie nauczyła niczego poza skutecznym mordowaniem bliźnich. Chłop został pozbawiony duszy i takie tam. Ale schodziło to na daleki plan i tak naprawdę miało tylko zbudować nam obraz faceta, który nie cofnie sie przed niczym i wszelkimi dostępnymi środkami utrudni (czytaj- odbierze) życie tym, którzy zaleźli mu za skórę. I znów serwowano widzom wygładzanie zwojów mózgowych czterdziestotonowym walcem, przez 100 minut cudownej jatki, jaką gieroj urządzał swym adwersarzom. Nic do dodania- John wygrywa (mimo, że wciąż nie może zaznać spokoju i ląduje za kratami). ZAWSZE wygrywa, no matter the odds. Opus Magnum kina spod znaku wybuchów i serii z RKMu.

No i nie zapomnijmy o muzyce, która stała się znakiem rozpoznawczym obu serii z Sylwestrem. Każdy jest w stanie zanucić motywy przewodnie- chwytliwe, bez zbędnej wirtuozerii, za to pasujące idealnie do klimatu owych opowieści.

I znów powtórzę niczym mantrę- takich filmów już nie ma. Zaś czwarta odsłona Rambo to tylko wyjątek potwierdzający regułę. Bo jest to właśnie tytułowe “piękne, bo proste” kino. W dobie rzekomo ostrych filmów z ograniczeniem wiekowym PG-13, gdy na ekranie nie może pojawić się choćby skrawek nagiego cyca, słowo “kurwa” zamienia się na “motyla noga”, zaś ilość krwi odmierza się w takich normach, by zmieścić się w “teen friendly” ratingu, Rambo pierdoli wszelkie konwenanse i rzuca w odbiorcę wszystkim tym, czego mądre głowy zakazują w trosce o czystość i wrażliwość przeciętnego zjadacza burgerów. I co lepsze, nie robi w tego sposób tani, nie czyni z mięcha swej karty przetargowej. Chujowizny i smuty pokroju Hostel czy Piły jadą na jednym schemacie- brutalność. Jednak miast robić na widzu wrażenie, uderzają absurdalnością i zasłaniają się hektolitrami czerwonej farby, by ukryć ewidentny brak talentu scenarzystów, którzy próbują wcisnąć nam jakąś fabułę. Rambo, mimo tego, że epatuje flakami i fruwającymi kończynami i pomimo faktu, że skrypt miał pewnie trzy strony, z czego dwie i pół zapełniono onomatopejami wybuchów i wystrzałów, w żadnym miejscu nie daje nam odczuć, że mamy się jarać tylko i wyłącznie sceną, gdy komuś mina urwała nogę, albo że paskudni żołdacy pacyfikują wioskę, palą, rabują i gwałcą, a nawet wrzucają niemowlęta do płonących domów. Owszem, jest to czasami komiksowa przesada, ale jednocześnie, biorąc pod uwagę setting i tematykę filmu- przerażające okrucieństwo ma uzasadnienie, nie służy tu za główny atut, a jest tylko NIEZBĘDNYM dodatkiem do tego, co najważniejsze w tym obrazie- do Johna (motherfucking) Rambo. Faceta, który nie musi mówić co myśli. Faceta, który nie musi w ogóle myśleć. Faceta, który robi to, co do niego należy. To, co potrafi najlepiej. To, do czego został stworzony. Bez zbędnego pieprzenia, bez chwili refleksji. Amen.

Tak, wiem, cała fabuła to tylko preteks, by ukazać, jak zajebisty jest Rambo. A powiadam wam, miejscami skali brakuje, by ogarnąć jego moc. Człowiekowi sie gęba cieszy, gdy bohater ma wyjebane na wszystkich wokół i pustelniczy w dżungli, rzucając półsłówkami i cały swój stosunek do świata wyrażając jedynie zimnym spojrzeniem. Jeszcze większy uśmiech pojawia się na twarzy, gdy wkracza do akcji i własnoręcznie wybija wrażą dywizję przy pomocy łuku, maczety i KMu zainstalowanego na dżipie. Okej, ma kilku pomagierów, ale nie oszukujmy się- ten film od początku do końca performancem Stallone’a stoi. Przecież to 61-letni dziadek, a skacze, biega i skrada się cichcem za plecy biednych żołnierzy z wprawą dwudziestolatka. Cholera, ma lepszą kondycję od większości dwudziestolatków na tej planecie. Połączmy teraz wielkiego jak dąb, silnego jak wkurwiony słoń, zwinnego jak Ninja, niezawodnego jak Kałasznikow wojownika ze ślicznymi, sielankowymi wręcz zdjęciami wiecznie zielonej dżungli, zraszanej co i rusz karmazynową posoką wylatującą z każdej możliwej części ciała oraz muzyczny podkład dopełniający obrazu całości i otrzymamy mieszankę dostarczającą porcji ROZRYWKI, jakiej dawno nie zaznaliśmy w kinie. Głupiej? Tak. Prostackiej? No jasne. Niewymagającej? Oczywiście. Ale naprawdę satysfakcjonującej i potrafiącej uwolnić tyle adrenaliny, że nie da się usiedzieć prosto w fotelu. Rambo zafundował mi powrót do przeszłości, do czasów, gdy podczas seansu młodzieńcze emocje brały górę nad rozumowaniem i do cudownych gówniarskich chwil, które pozwalały czerpać radość z tego, że dobro znów zatryumfowało, a wszystkie paskudne skurwysyny leżą rozprute seriami z karabinu. Zasłużyli sobie i nie zastanawiam się nad jungowskim dualizmem człowieka, nie rysuję portretu psychologicznego niewzruszonego sprawcy całego zamieszania, stojącego dumnie pośród sterty ciał. John dokonał dzieła i w kąciku mego oka pojawia się łza wzruszenia, bo dzięki niemu przypomniałem sobie wszystkie cudowne i zostawione za sobą szczenięce lata.

A żeby jeszcze samego Rambo było mało, przed filmem poczęstowano mnie trailerem nadchodzącego czwartego Indiany. Pomimo, ze widziałem go już trzydzieści razy we wszystkich możliwych formatach i jakościach, ogarniało mnie błogie uczucie spełnienia. Wszystko zapowiada, że AD 2008 będzie dla mnie wspaniała okazją do nostalgicznego rozpamiętywania cudownych momentów mego żywota, kiedy nikt nie słyszał o Internecie, multipleksach, DVD i Pokemonach, zaś rozrywką po szkole było chodzenie do kumpli pograć na SNESie tudzież Amidze, a każdy chłopak na podwórku znał na pamięć Poszukiwaczy Zaginionej Arki i Terminatora. Such good times…

To będzie dobry rok. Thank You for that, John. Thank You with all my heart.

————————————

Editorial sidenote: Tak, wróciłem na dobre. Przez ostatnie miesiące pracowanie na to, by się ubrać, wyżywić i korzystać z rozrywek zawalało mi cały grafik, ale cóż, nawet Ninja musi czasem porzucić charytatywne nauczanie pospólstwa na rzecz bardziej przyziemnej pogoni za kasą, która podobno szczęścia nie daje, ale życie ułatwia i pozwala na uzyskanie dostatecznej płynności finansowej, by obiegać się o kredyt mieszkaniowy oraz umożliwia wyjazdy do miejsc trochę mniej nudnych niż Rzeczpospolita. Stay Tuned, aktualizacje nie będą już zabierały pół roku. Tak, odpowiem też na wszystkie hate comments i hate mails, misie pysie.




Ninja counter

  • 17,532 hits

Why is Dr. Ninja awesome?

The answer is clear. Cause I'm a Ninja. Not some fucking pirate.

Being a Ninja is not easy, as you all may know. It takes effort, hard work and lots of pain to become one, only few manage to pass the Trials of Awesomness. And note, that a shinobi with a science degree isn't something common.

So you better listen to my advices, cause I'm probably smarter, better educated and most notably- more awesome than you'll ever be.