24
lis
07

O wychowaniu dzieci słów kilka

 

Dawno temu doszedłem do wniosku, że byłbym dobrym wujkiem albo niezłym pedagogiem, ale nigdy nie chciałbym posiadać własnego potomstwa. Nie tylko dlatego, by zachować swój status “The one and only”, ale też z innego, prostego powodu: patrząc na cudze dzieci mam świadomość, ze to nie ja odpowiadam za błędy w wychowaniu, a mając swoje własne bachory cierpiałbym niewymowne katusze, widząc, co tez wyprawiają z każdym upływającym dniem.

JEŚLI jednak kiedykolwiek zdarzy mi się spłodzić coś, co potem będę musiał odchować, najpierw upewnię się, że (długopisy i kartki wyciągnięte?):

  • posiadam odpowiedni status materialny
  • będę miał wystarczającą ilość czasu
  • potrafię wymusić posłuch i posłuszeństwo

Bo dziecko, szanowna gawiedzi, to nie tylko uśmiechnięte, kwilące niemowlę. To inwestycja zajebiście wysokiego ryzyka. Wolałbym już wyłożyć całe moje oszczędności w grę na giełdzie albo przepuścić w kasynie, wtedy miałbym przynajmniej choć cień szansy, że coś mi się z tej kasy zwróci. W przypadku potomstwa nigdy nie można być pewnym, czy nasz olbrzymi wysiłek będzie miał jakieś pozytywne skutki w przyszłości.

Do zapewnienia własnemu pomiotowi warunków egzystencji potrzebne są pieniądze, masa pieniędzy. I nie mówię tu o zakupie wózka, śpioszków, kołyski, bo to dopiero czubek góry lodowej o rozmiarach porównywalnych z obszarem ZSRR. Dziecko, jako istota pochłaniająca wszelkie możliwe ludzkie zasoby, cały czas wymaga nakładów finansowych, większych, niż amerykańska interwencja w Iraku. Kup to, kup tamto, sramto, owamto, i nagle okazuje się, ze zamiast gówniarza mogliśmy sprawić sobie psa (ten przynajmniej okaże ci czasem wdzięczność), a resztę gotówki przeznaczyć na zakup własnego małego kraju w Ameryce Środkowej (luksusowy jacht, plantacja koki i prywatna armia wliczone w cenę).

Musimy przez lata łożyć na wykształcenie takiego małego potwora, nawet jeśli wyślemy go do szkoły publicznej, a nie do przechowalni bananowej młodzieży, którą ktoś kiedyś błędnie nazwał “prywatną placówką oświatową”. Książki, zeszyty przybory, komitet rodzicielski, wycieczki chuj wie gdzie, służące co najwyżej seksualnej i używkowej eksploracji dzieciarni oraz masa innych bzdetów to pieniądze często wyrzucone w błoto. Głównie dlatego, że dziecię nie jest zbytnio zainteresowane chodzeniem do szkoły i nauką, zaś chęć do zdobywania wiedzy jest odwrotnie proporcjonalna do wieku pacholęcia.

Mało tego, ubrać trzeba jakoś to, co stworzyliśmy. Oczywiście bez ekstrawagancji, żadnej rewii mody, a tym bardziej wbijania w gajerek już od najmłodszych lat, ale mimo wszystko, jakoś się ten nasz owoc jednej pechowej nocy pokazać na ulicy musi, bo wypuszczać go do ludzi czasem trzeba. A przypomnę, że cały czas, aż do zakończenia okresu dojrzewania, bachor wciąż rośnie, co oznacza, że po kilku miesiącach wszystko, co kupiliśmy, możemy oddać na sierotki po górnikach albo przekazać dla powodzian. Dramat.

 

 

 

Zostawmy drażliwy temat finansów i przypatrzmy się dwóm następnym punktom- “czas wolny” oraz “posłuch”. Brak obu prowadzi w prostej linii do bezstresowego wychowania, najgorszej filozofii odchowu potomstwa, jaką mógł stworzyć człowiek. “Kochajcie dzieci swoje”, jak śpiewał niegdyś wieszcz polskiej sceny muzycznej. Ale przez “kochajcie” nikt nie rozumie “Pozwalajcie na wszystko”. Ja wiem, że większość rodziców, żyjąca w gorszych czasach, teraz, w dobie kapitalizmu, chce swoim pociechom (?) okazać miłość przez dobra materialne, ale nikt nie zastąpi porządnego, staroświeckiego wychowania- ani nowy Japod 10 giga z wykurwistym kolorowym wyświetlaczem, ani X-Box w komplecie z telewizorem Full HD.

Ale to pewnie wiedzą wszyscy. Natomiast zaledwie garstka zdaje sobie sprawę, że od szkoły NIE NALEŻY oczekiwać wychowania. To zadanie tylko i wyłącznie dla rodziców, zaś pedagodzy (dobrzy, zaznaczmy) mają jeno nakierowywać pewne procesy myślowe na właściwe tory. To z domu dzieciak powinien wynieść wzorce postępowania, zwyczaje, tradycje i inne kulturowe traity.

Powtórzmy jeszcze raz- szkoła nie jest od wychowania, od tego są rodzice. Możecie obarczać winą kadrę nauczycielską za braki w wiedzy z geografii, ale nie za to, że wasz syn bądź córka zacznie w wieku lat piętnastu topić małe kotki w sadzawce i napierdalać młodsze dzieci na podwórku. To tylko i wyłącznie wasz błąd, wynikający z braku zainteresowania i zwalaniu rodzicielskiego obowiązku na kogoś innego. Skoro wy nie daliście mu odpowiednich wskazówek, jak należy się zachować, zaczerpnie je z innego źródła, które na pewno będzie łatwo dostępne, jednak najmniej odpowiednie.

 

 

 

 

 

Lecz samo poświęcenie czasu na wyłożenie swemu dzieciakowi prawd życiowych nie wystarczy, jeśli ma was w dupie. I tu dochodzimy do sedna sprawy- wymuszeniu posłuszeństwa. Można włożyć miedzy bajki wszelkie pieprzenie na temat “partnerstwa” rodzica i potomka, oraz inne teoryjki, stawiające młodocianego na równi z człowiekiem dorosłym. Wyrzućcie to z głowy, zapomnijcie o takowych bredniach i poznajcie prostą zasadę hierarchii, jaka występuje w naturze.

Nie należę do tych, którzy za młodu byli nakurwiani pasem li tylko dla zaspokojenia ojcowskiego instynktu sadysty, ale gdy widzę jakieś gadające głowy w telewizji, które mówią, że uderzenie dziecka to największa krzywda i zło, jakie można mu wyrządzić, zaczynam się zastanawiać, czy aby owi uznani i wykształceni pedagodzy czasem nie mieli tatusia, który lubił ich tłuc dla przyjemności. Kiedy byłem mały i głupi, kilkakrotnie dostałem po dupie, ale dlatego, ze faktycznie zasłużyłem, i miało mi to wskazać błąd w moim nagannym zachowaniu. Do dziś uważam swego ojca (tak, tego paskudnego degenerata, który ośmielił sie mnie uderzyć, zamiast głaskać po główce i prawić komplementy) za wzór i jestem mu wdzięczny za wszystkie lekcje życia, jakich mi udzielił. Także za te prowadzone z pomocą otwartej dłoni kierowanej z dużą prędkością na me pośladki. Nie wyrosłem przez to ani na kompletnego socjopatę, ani na zahukanego, bojącego się kontaktu z innymi ludźmi pojeba.

Dziś mogę z ojcem wypić piwo, pogadać o dupach i samochodach oraz wymieniać się poglądami na dowolny temat (i się nie zgodzić), ale wciąż mnie to z nim w żaden sposób nie zrównuje, nie jesteśmy na tych samych poziomach- on dalej, jako ten, który obdarzył mnie chromosomem Y, stoi wyżej i mam do niego szacunek oraz słucham go, gdy ma mi coś ważnego do przekazania.

 

To pogrubione słowo radzę sobie wypisać ze trzysta razy na kartce i wbić do głowy, bo większość dzisiejszej gówniarzerii nie posiada go w swym słowniku. Nie dlatego, że nie chce, ale z prozaicznej przyczyny- nikt biednych dzieci tego nie nauczył. Pierdolenie farmazonów i uważanie potomstwa za świętą relikwię, której nie tylko nie można nawet dotknąć palcem, ale też nie należy nań choćby podnieść głosu, prowadzi tylko i wyłącznie do rozpasania i degrengolady. Dzieciak musi wiedzieć, kto jest głową stada i podporządkować się. Dla własnego dobra.

Nie mówimy tu oczywiście o pełnym poddaniu i zdaniu się na łaskę i niełaskę rodziciela, bo to popadanie z jednej skrajności w drugą. Chodzi tylko i wyłącznie o wymuszenie posłuszeństwa, wtedy, gdy to konieczne. Nic mnie tak nie wkurwia, jak widok matki, która nie potrafi zapanować nad mikrym cholerstwem, co biega jak kura po dekapitacji, drze mordę i działa na nerwy z czystej, dziecięcej złośliwości. Albo głupia cipa kiwa głową, bo “dziecko musi się wyszaleć”, albo stwierdza “ja już i tak do niego nie mam siły”. Podpowiedź dla wszystkich myślących w ten sposób- nie nadajecie się na rodziców. Oddajcie potomstwo do ZOO w charakterze pożywki dla krokodyli, a sami chodźcie w kółko i napieprzajcie czymś (najlepiej nieheblowaną deską) w czoło, podśpiewując mantrę “Pie Jesu Domine, Dona Eis Requiem”.

 

 

 

Ja, jeśli już nastałby taki straszliwy czas spłodzenia mini-wojownika Ninja, musiałbym mieć syna. Wiem, że córki nie odchowałbym odpowiednio, bo kobiety stają się problematyczne, gdy tylko nauczą się mówić, a gdy osiągną wiek dojrzewania, jest jeszcze gorzej. Chłopaka natomiast wychowałbym na porządnego, białego człowieka. Bo, jak już zdołałem wcześniej wielokrotnie napomknąć, facet to prosta i twarda konstrukcja i zawsze wiadomo, co mu kupić, w co go ubrać, czego go nauczyć. Instrukcja wychowania zdolnego, błyskotliwego, postawnego, silnego mężczyzny, wzorcowego aryjczyka, poniżej. (Zaznaczam, że cały czas należy uczestniczyć w jego zabawach i pomagać w poznawaniu świata, a nie zostawiać go samemu- poświęcanie jak największej uwagi to podstawa)

 

  • 1 roczek- dać mu do zabawy klocki, by rozwijał swoją wyobraźnię przestrzenną i zapoznał się z podstawami architektury, by w przyszłości mógł wybudować dom. Sukcesywnie zwiększać ilość i różnicować kształt elementów
  • 3 lata- elementarz Falskiego. Obowiązkowo nauczyć czytać i pisać w jak najmłodszym wieku, coby nie wyszedł na debila, gdy pośle się go do szkoły. Ma błyszczeć i dawać przykład mniej zdolnym dzieciakom
  • 4 lata- zakupić kilka resoraków, niech pozna najlepsze marki samochodów i zafascynuje się motoryzacją
  • 6 lat- czas, by młodzian poznał smak wojny- żołnierzyki, diorama pola bitwy, modele samolotów i czołgów do sklejania. Musi rozwinąć swój zmysł taktyczny, w końcu chcemy go wychować co najmniej na drugiego George’a Pattona
  • 7 lat- idzie do podstawówki, należy więc go w coś ubrać. Modnie, lecz schludnie. Przybory szkolne oraz tornister nie z jakimiś durnymi obrazeczkami, ale odpowiednimi wzorami do naśladowania, jak najbardziej wskazane. Na początek może być to Spider-Man albo Ninja, potem, zależnie od tego, w czym nasz chłopak jest dobry, zapoznajemy go z innymi rolemodelami (jeśli jara go fizyka, kupmy mu zeszyt z Einsteinem, niech bierze przykład). Nie możemy zmuszać go jednakże do nauki tego, do czego nie jest stworzony, ale też nie przyjmujmy do wiadomości, że w niczym nie jest dobry, każdy ma do czegoś smykałkę. Inwestujemy tez w komputer, niech ma odrobinę rozrywki połączonej równomiernie z nauką.
  • Lat 10- Powoli czas wprowadzać młodzika w tajniki relacji damsko-męskich, zanim nauczy się więcej od starszych kolegów. Twarde, krótkie, żołnierskie słowa, ale bez zbędnej obsceny i wulgarności.
  • Lat 12- W tym okresie nadzwyczaj pilnujmy rozwoju zarówno psychicznego, jak i fizycznego, można zepsuć całkiem dobrze zapowiadającego się dzieciaka, jeśli nie weźmiemy się za niego w pierwszym stadium dojrzewania. Dzielić czas między rozrywkę i naukę w równych dawkach, przypilnować, by zajął się sportem (ale męskim, do jasnej cholery, jeśli zainteresuje się łyżwiarstwem figurowym albo gimnastyką artystyczną, trzeba prewencyjnie spuścić delikatny wpierdol a potem dać futbolówkę i wypędzić na podwórko)
  • lat 14- jedziemy do Makro, kupujemy zgrzewkę prezerwatyw (przy okazji kupujemy sobie paletę Red Bulla i kratę piwa, jak już tam jesteśmy, żeby nie jeździć dwa razy, paliwo coraz droższe). nawet, jeśli nie teraz, to w najbliższej przyszłości sie przydadzą. To nie po katolicku, ale uświadamiamy naszego pierworodnego w temacie antykoncepcji, co by zbyt szybko wnucząt nie doczekać, wystarczy nam jedno młode do odchowania na razie.
  • Lat 15- dajemy chłopakowi nieco swobody, ale nie tyle, by poczuł się już dorosły i nie zaczął pierdolić, że “zna życie”. Jak po raz pierwszy przyjdzie do domu pijany, odpowiednio opieprzyć, ale, mając na uwadze fakt, że robiło się podobne rzeczy w jego wieku, należy się też drobna doza wyrozumiałości, miska pod brodę i butla wody na porannego kaca, co by nam synek funkcjonalny był na drugi dzień.
  • Lat 18- Idziemy z nim na wódkę.

Teraz jest już dorosły. Po otrzymaniu od nas kilku życiowych lekcji, zdobyciu odpowiedniego wykształcenia idzie własną drogą, my zaś spoczywamy na laurach, zajmujemy sie wreszcie sobą i liczymy na to, że umrzemy, nim syn ogłosi, że się żeni, bo wtedy pieniądze odłożone na opłacenie radzieckich kosmonautów, którzy wyniosą nasze prochy na orbitę i rozsypią nad księżycem, wydamy na jego wesele.

Na dziś to tyle- o wychowaniu córki innym razem. Obym żadnej nie posiadał. Wojownik Ninja musi być jednak przygotowany na wszelkie ewentualności, więc i w takiej sytuacji wyjdę obronną ręką, choć będzie to kosztowało o wiele więcej wysiłku. Mam nadzieję, że zapamiętaliście dobrze dzisiejsza lekcję, gdyż w przyszłości, bliższej lub dalszej, wspomnicie me słowa.

 

 

 


10 Odpowiedzi do “O wychowaniu dzieci słów kilka”


  1. 1 Łowca Cyborgów listopad 24, 2007 @ 12:30 pm

    Po ojcu dziedziczy się chromosom Y, a nie X. :P

  2. 2 niunia listopad 24, 2007 @ 2:27 pm

    hehe śmiesznie piszesz ;) fajnie fajnie:)) ja chcę mieć dzieci nio ale napewno nie teraz..
    nio ciekawi mnie w jakim wieku jesteś że tak piszesz?
    powinieneś pisac jakieś artykuły do gazety :)

  3. 3 niunia listopad 24, 2007 @ 2:28 pm

    wiesz dawałam Ci komentarze wcześniej…
    ale nie ma ich..
    czyżby Pan wykasował?/

  4. 4 b.YISK listopad 24, 2007 @ 6:39 pm

    Witaj doktorze!
    Jestem pod wrażeniem. Piszesz bardzo ciekawe artykuły, zgodne z faktami, ale zarazem pisząc nowocześnie i humorystycznie. Bardzo przyjemnie czyta się Twoje prace. Wyciąga się jednak z nich wnioski. W wielu sprawach mam takie same zdanie jak Ty. W niektórych momentach jednak, po przeczytaniu artykułu, siadam głęboko w fotelu i myślę nad tym co napisałeś.
    Czekam na nowy wpis.
    Życzę sukcesów.

    Z poważaniem,
    b.YISK

  5. 5 dr.ninja listopad 24, 2007 @ 9:37 pm

    Łowca-> O 5 rano to pisałem ;) Dzięki, bo wtedy byłem już półślepy.

    b.-> Polecam sie na przyszłość

    niunia-> Nie kasuję żadnych komentarzy. Nigdy.

  6. 6 b.YISK listopad 24, 2007 @ 10:14 pm

    Z tymi komentarzami u Ciebie, doktorze, to jest całkiem pokręcona sprawa. Gdy napisałem ten komentarz, który jest u góry to pojawił się. Wpadłem na bloga godzinę później - nie było go?! Wchodzę teraz - jest. Twój skrypt WordPress’a jest tak pokręcony jak Ty - chyba dlatego to tak funkcjonuje :P Moim zdaniem zintergrowałeś swój mózg z serwerem. Tyle…

    Z poważaniem,
    b.YISK

  7. 7 Lil listopad 25, 2007 @ 6:44 pm

    I wreszcie przeczytałam zapowiedzianą notkę :)

    Zapomniałeś o tym, że to znajomi są niezwykle ważnym czynnikiem wychowawczym, normalny człowiek, jako istota społeczna, dostosowuje swoje zachowanie do grupy, w której przebywa. Rodzice mogą natomiast decydować, z jakimi dzieciakami ma się w piaskownicy bawić ich potomek, ale zwłaszcza w starszym wieku nie będą za nim wszędzie biegać, więc nie wszystko dzieciak wynosi z domu. Co do szacunku - zgodzę się w sprawie posłuszeństwa, ale nie każdemu jest dane mieć porządnego rodzica, który zasługuje na szacunek. I skąd ma młody człowiek czerpać słuszne prawdy życiowe, jeśli rodzic (o zgrozo, oboje) to degenerat? Tak, tacy ludzie też niestety płodzą dzieci, dziedziczące podobnie niski status intelektualny.
    Aha - szlaban na Internet minimum do 16 roku życia.

    Fragment z mini wojownikiem ninja mnie urzekł, kawaii

    Z tonem głosu do dziecka jak do psa - nie z krzykiem, ale odpowiednio stanowczo - działa :)
    Co do przyjścia pijanym do domu - po pierwszym takim moim przyjściu do domu, matka wieczorem nic nie mówiła, rano dała wody do picia, ale potem za karę zawiozła mnie skacowaną na całodzienne roboty na działce, do dziś rispektuję ten pomysł. Przy okazji odbyła porządną rozmowę z tonem głosu “jak_do_psa”, a dziś z perspektywy czasu za ten numer ma u mnie +30% szacunku i sympatii.

  8. 8 idiota styczeń 22, 2008 @ 11:01 pm

    muszę przyznać, że sposób w jaki tworzy Pan Panie dr. Ninjo swoje nietuzinkowe artykuły jest godzien podziwu. Nie będę się rozpisywał a dlaczego?? Bo oto właśnie stanąłem na przeciwko prawdy dla której brakuje słów. Szacunek i uznanie na południu Polski

  9. 9 plnk luty 9, 2008 @ 7:57 pm

    Witam serdecznie

    Muszę pogratulować Panu Doktorowi formy wykładów. Nieraz popłakałem się ze śmiechu dumając jednocześnie nad powagą wypowiedzianych przez Pana Doktora słów. Przy okazji czytania instrukcji wychowania aryjczyka zacząłem się zastanawiać: a co, gdyby była dziewczynka? Czekam na odpowiedź ze zniecierpliwieniem. Jeżeli to pomoże: gdyby moja kobieta urodziła dziewczynkę, utopiłbym ją (dziewczynkę, nie kobietę, bo ta ma jeszcze szanse na urodzenie syna) w rzece.

    Pozdrawiam serdecznie, plnk a.k.a PolishNinja (czyli prawie jak kolega po fachu)

  10. 10 QrKo luty 14, 2008 @ 2:29 pm

    Fucking awesome.
    Czekam na wychowanie córki :)

Napisz odpowiedź




Ninja counter

  • 17,532 hits

Why is Dr. Ninja awesome?

The answer is clear. Cause I'm a Ninja. Not some fucking pirate.

Being a Ninja is not easy, as you all may know. It takes effort, hard work and lots of pain to become one, only few manage to pass the Trials of Awesomness. And note, that a shinobi with a science degree isn't something common.

So you better listen to my advices, cause I'm probably smarter, better educated and most notably- more awesome than you'll ever be.