07
lis
07

Jak być fajnym? Part 2

Poprzednio rozwodziliśmy się nad czysto zewnętrznymi aspektami zajebistości. Dziś natomiast poświęcimy więcej uwagi tak zwanemu “wnętrzu”, które, mimo, ze nic nie znaczy, jeśli nie posiadamy odpowiednich atrybutów widocznych gołym okiem, przydaje się na dalszym etapie bycia fajnym, gdy sama prezencja nie wystarcza.

Gotowi? Mam nadzieję, bo będzie masa bardzo ważnych i przydatnych wiadomości.Poprzednia część, gdyby ktoś wciąż miał problemy z prostą jak konstrukcja cepa nawigacją: tutaj

Po drugie- Zainteresowania\hobby. Ja wiem, ze w dzisiejszych czasach trzeba udowodnić, jakim jest się głębokim, inteligentnym i oczytanym, ale najczęściej, paradoksalnie, wychodzi się dzięki temu na idiotę. Kogo by nie zapytać, schemat odpowiedzi będzie taki sam, lub bardzo podobny: książki, film, muzyka. Ale nie jakieś tam książki, jakiś tam film, jakaś tam muzyka, o nie. Każdy doda obowiązkowo słowo “ambitne, ambitny, ambitna” tudzież, co też często się zdarza, pochodne wyrazu “niezależność”, albo, moje ulubione słowo-wytrych, używane przez wszystkich, którzy chcą uchodzić za nietuzinkowych i oryginalnych- “niekomercyjne”.

Przyjrzyjmy się zatem najpierw, drodzy uczniowie, cóż to za ambitne, wiekopomne dzieła czyta większość tych, którzy szczycą się swoją rzekomą elokwencją i oryginalnością?

  • Fantasy – so fucking original. Miłośnicy fantastyki nabijają co roku statystyki czytelnictwa w naszym stroniącym od słowa pisanego społeczeństwie.Cudownie, problem w tym, że poziom większości publikacji w tym gatunku waha się pomiędzy “bełkot” a “poprawne czytadło toaletowe”. Schemat goni schemat, elfy nie lubią krasnoludów, barbarzyńcy ruchają karczemne służące a straszliwi nekromanci chcą zawładnąć światem. No i nie zapomnijmy, że musi być choć jeden pieprzony smok. Ach, no i jest jeszcze Sapkowski, na którego powołują się wszyscy, jak kraj długi i szeroki (szczególnie przy okazji premiery całkiem zacnego Witchera ). Serio, w tym roku na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tytuły, przy których udało mi się nie zasnąć lub nie zwrócić obiadu. A zaznaczę, że odkąd nauczyłem się składać literki w słowa a potem w zdania, czytywałem dzieła (czy raczej, w większości przypadków- “dziełka”) o rycerzach i królewnach. Ale po pierwsze- z niektórych rzeczy się wyrasta, po drugie- ile można wałkować ten sam temat?
  • Literatura z Azji- przy czym w tym jakże szerokim pojęciu mieści się Murakami, Murakami i Murakami. No, może jeszcze Murakami. Każdy musi czytać Murakamiego, bo inaczej jest spalony w towarzystwie. Tym nazwiskiem można rzucać na lewo i prawo, by podwyższyć swój status lansowności. Ale gdyby tak spytać o lepszych pod względem tematyki i warsztatu)autorów, jak Dazai, Mishima czy Oe (noblista, do jasnej cholery), zrobią wielkie oczy i się dziwią. A przypomnę, ze ograniczyłem się w tym momencie do popowej, współczesnej japońszczyzny, nawet nie zahaczając o literaturę przedwojenną, ani o inne żółte kraje. Opieranie się na Murakamim wynika tylko i wyłącznie z tego, ze ktoś czasem napisze na jego temat w Przekroju, Koszernej czy innym periodyku opiniotwórczym. I jest to tak prostackie i puste, że aż mnie śledziona zaczyna boleć, jak o tym myślę.
  • Literatura skandynawska- Kolejny temat, jaki można podjąć w grupie wylansowanej młodzieży akademickiej. Im smutniejszy tytuł i im bardziej kontrowersyjny w naszym “nietolerancyjnym i katolskim kraju”, tym lepiej, bo wtedy malujemy siebie jako wielkich, tolerancyjnych liberałów. Szczerze? Sam mogę teraz, w ciagu trzydziestu sekund, wymyślić główny wątek utrzymany w tej konwencji. Książce nadam tytuł 125 Sztokholm, a będzie ona o dwóch nieletnich hermafrodytach, którzy zapałali do siebie wielką miłością, gdy uczestniczyli w teleturnieju, w którym wygrać można było zabieg eutanazji dla swojego dziadka. Pewnie byłby to bestseller.
  • Literatura rosyjska- Sam cenię i lubię. Przy czym statystyczny Polak, mówiąc, ze lubi literaturę rosyjską, ma na myśli to, że przeczytał (niekoniecznie w całości) Mistrza i Małgorzatę, ewentualnie obił mu sie o uszy tytuł Zbrodnia i Kara. Wojna i Pokój to już wyższa szkoła jazdy dla wtajemniczonych, zaś Borisa Pasternaka kojarzą ci, którzy widzieli puszczanego po raz setny w TV Doktora Żywago. O Czechowie, Majakowskim, Szołochowie, Trifonowie czy Buninie nikt się nie wypowie, bo po prostu takowych autorów nie zna. Dlatego przypomnę- to, że poznało się jedną, dwie, trzy książki, które są evergreenami i pozycjami absolutnie obowiązkowymi do przeczytania, nie czyni z nas miłośnika gatunku i nie jest niczym nadzwyczajnym.

Już wiemy, co czytamy, i dlaczego jesteśmy chujowi w naszych zainteresowaniach literaturą. Co następne w kolejce? Film. Co też nasza ambitna młodzież ogląda? Zabawna sprawa- ma to nierozerwalny związek z powyższą książkową wyliczanką.Ktoś, kto chce zabłysnąć w grupie, może sie pochwalić, że lubi kino ze Skandynawii, które charakteryzuje się tym samym, co tamtejsza literatura- musi być jak najsmutniejsze i jak najbardziej o życiu. Funkcjonuje pewien prosty schemat- parka zakochanych (płci dowolnej), która ma permanentnego doła, bo na zewnątrz piździ, oraz długie ujęcia, które jednak nie są żadnym zabiegiem artystycznym, a dowodem na to, że reżyser nie miał pomysłu na więcej niż piętnaście minut fabuły i musiał jakoś wydłużyć film do dwóch godzin. Czysta rewelacja i niezal, jak ja pierdole. Zasada jest prosta- im nudniejsze dzieło, tym lepsze do wymiany poglądów wśród światłej młodzieży.

A co z muzyką? Tu podział jest prosty, na trzy obozy:

  1. Kultura apaszki, frotki i grzywki wymaga, by słuchać Indie, zespołów niezależnych, tak zwanej alternatywy. Alternatywy do czego, skoro każdy gra teraz tak samo? Gdyby mi się chciało wyliczać wszystkie tak zwane “niezależne” zespoły, które wypłynęły od czasu okrzyknięcia The Strokes nową nadzieją rocka, to doczekałbym się wnuków. Wyłowienie czegoś wartościowego z tego całego gówna staje się z każdym dniem coraz trudniejsze, bo NME, Rolling Stone i Pitchfork codziennie dają jakiemuś zespołowi zaczynającemu się na “The” a kończącemu się na “s” pięć gwiazdek, mimo tego, że nie różni się od setki innych bandów. Ale cóż począć, skoro nawet Radiohead nie może wymyślić niczego nowego i najnowszy album jest po prostu średni?
  2. Obóz metalowy, w którym, nie licząc oczywistej odmiennej stylistyki, panuje taki sam zastój jak w lżejszych odmianach rocka. Wyłapywanie rzeczy dobrych w tym nurcie jest zresztą jeszcze trudniejsze, bo może i japoński noise jest oryginalny, ale tak pokurwiony, że słuchać tego dla czystej przyjemności się nie da. A przy reszcie można z nudów zdechnąć, bo ileż razy można powoływać się na zacnego Laibacha czy Current-93?
  3. W Hip-hopie zaś jeszcze większy stale-mate niż w dwóch powyższych. Ja wiem, że jest O.S..T.R.y , Afrokolektyw czy Łona oraz ponoć prężny underground, a czasem i Pezet coś zdatnego do spożycia skleci (acz słyszę spadek formy), ale cóż z tego, skoro większość młodzieży za najlepszych uznaje Ryśka Peję i Tedunia, a młodzież jeszcze młodsza jara się Mezem i spółką?

Sumując- odnaleźliśmy w powyższym spisie coś, co do nas pasuje? W takim razie błędnie myśleliśmy, że jesteśmy fajni. Nie. Jesteśmy chujowi. Nie ma czegoś takiego, jak dzieło niekomercyjne sensu stricto, bo za każdy film czy utwór muzyczny, jak bardzo oryginalny by on nie był, twórca, wytwórnia, dystrybutor i detaliści mają jakiś procent zysku ze sprzedaży, jeśli jest on w obrocie na rynku. Poza tym, jeśli o samą oryginalność chodzi, to przykro mi, ale teraz wszyscy szczycący się swymi niezal-zainteresowaniami… Ty, ty, tamten z tyłu i ten po twojej prawej- wszyscy ubieracie się tak samo, słuchacie tego samego, czytacie i oglądacie to samo. Gdzie tu do chuja oryginalność zainteresowań? Co nie pójdę do klubu, na uczelnię, cholera, wystarczy tylko, że wyjdę na ulicę- to samo, tak samo, w ten sam sposób.

Morał z tej lekcji? Silenie się na fajność i zajebistość prowadzi do upośledzenia. Nie jesteście fajni, nie jesteście zajebiści. Co zrobić, by to zmienić?

Nie, nie powiem “być sobą”, bo to frazes tak pusty jak mój portfel po kazdej wizycie na stacji benzynowej. Nie moi drodzy. Całe masy ludzi aspirujących do fajności przez lata oszukują samych siebie i innych, że to nudne gówno, które czytają\oglądają\odsłuchują, im się podoba. Po jaką cholerę? Wiadomo, że najlepszą rozrywką, odskocznią od rzeczywistości, są dzieła nie silące się na żaden górnolotny przekaz, rzeczy, które nie ukrywają swojej prostackości i beztreściowości pod płaszczykiem wyszukanego języka, cudacznych filtrów na obiektyw kamery i miliona bajerów kompozycyjnych. Dlatego w byciu fajnym nie przeszkadza obejrzenie Teksańskiej masakry piłą mechaniczną, posłuchanie Michaela Jacksona i przeczytanie durnego, sześćsetnego zeszytu X-Menów. Wtedy przynajmniej nie robicie siebie samych w chuja.

W następnym (ostatnim zapewne) odcinku- braki w kulturze i elokwencji oraz obyczaje i przyzwyczajenia kulinarne, czyli o tym, jak się wypowiadać i co jeść, by nie zostać luzerem.


19 Odpowiedzi do “Jak być fajnym? Part 2”


  1. 1 Lil
    listopad 7, 2007 o 6:28 pm

    A co z filmami?
    Aż sobie obejrzę i podoznaję przy Jarmuschu.

  2. 2 elmo
    listopad 7, 2007 o 8:00 pm

    Generalnie masz rację, tylko:
    “Ale gdyby tak spytać o lepszych pod względem tematyki i warsztatu)autorów, jak Dazai, Mishima czy Oe (noblista, do jasnej cholery), zrobią wielkie oczy i się dziwią.”

    Zwracanie uwagi na noblistę trochę burzy koncepcję, zwłaszcza w odniesieniu do: “Książce nadam tytuł 125 Sztokholm, a będzie ona o dwóch nieletnich hermafrodytach, którzy zapałali do siebie wielką miłością, gdy uczestniczyli w teleturnieju, w którym wygrać można było zabieg eutanazji dla swojego dziadka. Pewnie byłby to bestseller.”

    Coraz częściej mam wrażenie, że głównym kryterium przyznawania nagrody Nobla jest, poza warsztatem oczywiście, kontrowersyjność i to, czy książka została powszechnie uznana za skandalizującą, czy nie. Vide chociażby Lessing i Jelinek. Gdybyś napisał taką książkę, byłbyś jednym z faworytów do tej nagrody. :)

  3. 3 elmo
    listopad 7, 2007 o 8:04 pm

    No i jeszcze pojazd po kinie skandynawskim – a von Trier? Ma u mnie bardzo wysokie notowania, chociażby za Idiotów czy Dogville.

  4. 4 dr.ninja
    listopad 7, 2007 o 9:05 pm

    Elmo->
    “Zwracanie uwagi na noblistę trochę burzy koncepcję, zwłaszcza w odniesieniu”

    Przy czym Oe nie był (i nie jest, bo jeszcze jakimś cudem żyje) kontrowersyjny na siłę, jeno poruszał kwestie społeczno-egzystencjalne (inspirowane między innymi II Wojną, stąd też powtarzający się w kilku dziełach wątek bomb atomowych). Literackie Noble dopiero ostatnimi czasy jakieś takie z dupy się stały, chyba właśnie odkąd wcisneli Jelinek nagrodę.

    “a von Trier? Ma u mnie bardzo wysokie notowania, chociażby za Idiotów czy Dogville.”

    Von Trier jest nudny. A styl kręcenia, zwany Dogmą, którym się wszyscy tak jarają, nie on wymyslił, co najwyżej spopularyzował.

  5. 5 Raziel
    listopad 7, 2007 o 10:40 pm

    ten blog jest spoko

  6. 6 critic
    listopad 7, 2007 o 11:13 pm

    “Serio, w tym roku na palcach jednej ręki mogę wyliczyć tytuły, przy których udało mi się nie zasnąć lub nie zwrócić obiadu. A zaznaczę, że odkąd nauczyłem się składać literki w słowa a potem w zdania, czytywałem publikacje z tego gatunku. Ale po pierwsze- z niektórych rzeczy się wyrasta (…)”

    Wnioskuje, ze ty jescze nie wyrosles.

    “Morał z tej lekcji? Silenie się na fajność i zajebistość prowadzi do upośledzenia.”

    Lekarzu lecz sie sam?

  7. 7 marcin
    listopad 7, 2007 o 11:44 pm

    czy autor nie przesadza z robieniem z siebie jakiegos wyznacznika zajebistości?
    całe to lansowanie sie jest dla mnie śmieszne

    jako “tekst-dowcip” słabe, a jako poradnik beznadziejne

    jechanie na arafatki, a na zdjęciu husta na twarzy (szkoda, że nie na podkrążonych oczach ;P tak wygląda ninja “okaz zdrowia”? gdzie tu kult ciała?) – dziwne…

    czegoś więcej spodziewałem się po wspaniałym yoghu z GOL-a

  8. 8 dr.ninja
    listopad 8, 2007 o 12:35 am

    marcin-> Nie przesadza. Amerykanscy naukowcy dowiedli, że jestem wyznacznikiem fajności. Zaznaczę też, że chusta na zdjęciu to bynajmniej żadna arafatka, a coś wymyślone na poczekaniu, co by sie nie potruć oparami farby ze spreja.
    Kultu ciała nie uprawiam, aczkolwiek jestem prawdziwym aryjczykiem.

    critic-> Z wielu rzeczy nie wyrosłem, z Fantasy na szczescie tak.

  9. 9 Lil
    listopad 8, 2007 o 11:01 am

    Przecież tego dnia, kiedy cyknąłeś ową fotę, nie malowałeś, ty pozerze ty! :)
    Ta z papierosem jest bardziej “on the spot” (ale mniej ninja, wiem…)

  10. 10 sztygar zenon
    listopad 8, 2007 o 5:55 pm

    Bardzo fajny blog, można się pośmiać, można się czegoś nauczyć i przemyśleć kilka spraw. Co prawda nie lubię ludzi którzy robią z siebie wszechwiedzących mędrców ale trudno nie przyznać racji doktorowi Ninja w wielu sprawach. Pozdrawiam i czekam na jeszcze!

  11. 11 dr.ninja
    listopad 8, 2007 o 8:17 pm

    O przepraszam Lil, ale wtedy to polazłem taga poprawić i walnąć drugiego poziomo :P

  12. 12 Lil
    listopad 9, 2007 o 4:10 pm

    O to przepraszam, Yoghurciu, nie wiedziałam :P Gdieś Ty walnął tego drugiego poziomo? Foty sobie nie przypominam.
    Bo mi biedrąki nie poprawiles ;p

  13. 13 Giaur
    grudzień 29, 2007 o 5:20 pm

    Mi również nie podoba się ta epidemicza bezmyślność w przejmowaniu zachowań.
    Kiedy człowiek powtarza zachowania przestaje siebie rozumieć. I jak z taką osobą się dogadać?
    W za dużo jazzy za mało jazz’u Wielki Świecie!

    Forma jest zajebista, treść sensowna. Wreszcie blog o głębszych fundamentach.

    Kai zen shimashoo! Pozdrawiam!

  14. 14 ciri
    styczeń 7, 2008 o 1:47 pm

    hehe i pomyśleć że trafiłam tu szukając info o pochodnych:)
    no dobra, do rzeczy, fajnie natknąć się na człowieka myślącego i oczytanego, ale taką gadką panie ninja to zaimponować możesz co najwyżej 13-latkom, a i pewnie co drugi zastanowi się dlaczego próbujesz odebrać mu przyjemność dochodzenia do własnych wniosków
    zresztą twoja analiza jest niepełna, niby chciałeś pisać o “wnętrzu” a jednocześnie nie ma o nim słowa

    p.s ciekawa jestem ile masz lat i co studiujesz?

  15. lipiec 5, 2008 o 7:38 pm

    zajebisty blog. I chyba jedyny zajebisty blog na tym całym wielkim zasranym necie.

    Podziwiam bogatość twojego słownika i mase pomysłów jakie przelewasz z głowy na “papier”.
    Tak trzymaj! ;]

  16. 16 Coryza, d-s, czy jak tam sie będę za chwilę podpisywał
    luty 5, 2009 o 11:19 pm

    Czemu zawsze jak Trier to Dogma? Fakt, jest jej współtwórcą (podpisał wszak ten przeklęty manifest w ‘95), ale sam stworzył tylko jeden film zgodnie z tą konwencją (Idioci). Nie, bando idiotów, “Tańcząc w Ciemnościach” nie ma z tym nic wspólnego. Wszak to zajebiany musical, a muzyka miała pojawiać tylko, gdy wymusza tego otoczenie sceny. Jeśli jest sobie radio w pokoju, to może ten Czajkowski sobie pogrywać, ale skrzecząca baba jadąca pociągiem towarowym w akompaniamencie tłumu nieznajomych facetów to już czyste science fiction jest.
    A tak ogółem, to Dogma jest chujowa i Larsowi udały się tylko film z trylogii europejskiej i Królestwo.

  17. 18 Paweł Szmajda
    marzec 25, 2009 o 4:58 pm

    Przeczytanie twoich wypocin konkretnie poprawilo mi samopoczucie i utwierdzilo w przekonaniu, ze jednak jestem zajebisty ;] Bardzo sie ciesze, ze trafilem na twojego bloga, bo potrafisz zrecznie ubrac w slowa moje (i twoje) podejscie do zycia.
    Mam 22 lata i cholernie mnie wkurwia, ze znajomi, ktorzy pare lat temu czytali Spider-mana, teraz narzekaja ze np. Wanted to chujowy film, bo skakanie po budynkach i zaginanie lotu pociskow jest nierealne i w ogole to wola Almodovara… Nie kazdy film akcji musi miec drugie dno i odniesienia do biblii lub mitologii aztekow zeby sie nim cieszyc.

    Niektorym komentatorom polecam tez odrobine dystansu i przymruzenia oka, nie wszystkie uogolnienia nalezy brac doslownie.

    Pozdrawiam wszystkich. Nawet pozerow ;]

  18. marzec 25, 2009 o 10:06 pm

    Czy to że czyta się i jest się fanem Wędrowycza (polska fantastyka),nosi uszatkę do ramony i słucha metalu różnorakiego to znaczy że nie jest się fajnym?


Dodaj komentarz